Reklama

Blondynka Hitchcocka w podcaście Tematu: dlaczego dzisiejsze gwiazdy nie dorównają legendom kina


Kim były ikony złotej ery Hollywood i dlaczego wciąż fascynują kolejne pokolenia? Paula Apanowicz, autorka publikacji o klasycznym kinie, opowiada o Sophii Loren, Brigitte Bardot, Marilyn Monroe i Audrey Hepburn – ich talentach, skandalach, działalności charytatywnej i cenach, jakie płaciły za sławę.


To tylko skrót rozmowy z podcastu w wersji wideo. Do obejrzenia powyżej lub pod artykułem

PW: Porozmawiamy o ikonach kina: Sophii Loren, Brigitte Bardot. Co było w tych kobietach wyjątkowego, że podbiły świat?

PA: Może zacznijmy od ciekawostki – zarówno Sophia, jak i Brigitte urodziły się w odstępie zaledwie ośmiu dni. Były rówieśniczkami i w tym samym czasie, w latach 50. i 60., podbijały światowe kino. Były ikonami kobiecości, ale co ważne – wyznaczały nowy kierunek. Po czasach złotej ery Hollywood, kiedy ona odchodziła w cień, te aktorki wprowadziły niezależność. Uczyły kobiety emancypacji.

Reklama

PW: Dużo kobiet chciało je naśladować.

PA: W Polsce jak najbardziej, nawet w mrocznych czasach PRL-u obie wyznaczały trendy. Wszyscy znamy fryzurę bardotkę, nazwaną na cześć Brigitte. Ona spopularyzowała też spodnie rybaczki czy baleriny. I tu warto dodać – te elementy stroju miały znaczenie, bo zapewniały kobietom komfort. Płaskie baleriny, wygodne spodnie zamiast rozkloszowanych sukien.

PW: Było to coś zupełnie innego.

PA: Był w tym element kobiecego wyzwolenia. Erotyzm i seksapil dalej pozostawały, ale dochodziła wygoda, niezależność manifestowana wizerunkiem.

Reklama

Czy dziś można stworzyć gwiazdę bez mediów społecznościowych?

PW: Czy dzisiaj byłoby możliwe stworzenie takich ikon, ale bez mediów społecznościowych?

PA: Media społecznościowe napędzają rozpoznawalność, choć gwiazdy z ugruntowaną pozycją – jak Angelina Jolie – z nich nie korzystają. Im po prostu nie jest to potrzebne.

To, co mnie fascynuje w dawnych czasach, to element tajemniczości. Kiedyś gwiazdy miały kreowany wizerunek, często sztuczny, odbiegający od prywatnego portretu. Bazowano na tajemniczości, niedopowiedzeniach. Budowano sekretną otoczkę wokół życiorysu – to wszystko magnetyzowało.

Reklama

Współczesne gwiazdy są przede wszystkim odarte z prywatności, co jest przykrym znakiem czasów.

PW: Ale same się do tego przyczyniają.

PA: Warto rozróżnić celebrytów i influencerów, którzy do tego dążą, od aktorów, których po prostu śledzą paparazzi. W czasach złotej ery też mieliśmy takie osoby – choćby Jane Mansfield, skandalistkę stulecia. Jest na okładce mojej książki.

PW: O skandalistach Hollywood możesz dużo powiedzieć.

PA: Popełniłam książkę, więc tak.

Co stworzyło ikoniczny wizerunek wielkich gwiazd?

PW: Potęga tych kobiet – Sophiii Loren, Brigitte Bardot, Marilyn Monroe, Audrey Hepburn – wynikała bardziej z osobowości czy z urody?

Reklama

PA: Wszystkie te elementy składały się na ikoniczny wizerunek. Gwiazdy miały pewien wyznacznik. W przypadku Sophii Loren to był ognisty, włoski temperament. Audrey Hepburn – delikatność, wrażliwe spojrzenie, portrety niewinnych kobiet.

Ale przede wszystkim – wszystkie miały ogromny talent. Wizerunek to jedno. Nietypowe zainteresowania, działalność charytatywna – to dopełnia. Ale te aktorki miały różnorodne zdolności i potrafiły przełamywać wybrany dla nich przez wytwórnię wizerunek.

Marilyn Monroe – walka z etykietą „głupiej blondynki"

PA: Przykład Marilyn Monroe. Utożsamiana z komedią romantyczną – te komedie są ponadczasowe. Ale zawsze marzyła o poważniejszej roli. Niestety studia ją zaszufladkowały w stereotypowym wizerunku tak zwanej głupiej blondynki.

Reklama

PW: Tego schematu trzymano się mocno.

PA: To jest przykre, bo Marilyn zawsze chciała przełamać ten wizerunek. I w filmie „Skłóceni z życiem" się udało – zaprezentowała potencjał dramatyczny.

Sophia Loren – pierwszy nieanglojęzyczny Oscar

PA: W przypadku Sophii – film „Matka i córka". Bardzo wstrząsający, odsłaniający grozę wojny. Nie ma tu ujęć z frontu – skupia się na tym, jak wojna oddziałuje na cywilów.

Sophia, mimo że była utożsamiana z komedią, w 1960 roku podjęła wyzwanie. Między nią a aktorką portretującą jej córkę było zaledwie 14 lat różnicy, ale jej fizyczność gwarantowała wiarygodność.

Reklama

I opłaciło się – jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła Oscara. W filmie też nieanglojęzycznym. Przełomowy moment.

Brigitte Bardot – kino straciło, zwierzęta zyskały

PW: Brigitte Bardot zakończyła karierę filmową dość szybko, tuż przed 40. urodzinami. Dobra decyzja?

PA: Kino zdecydowanie straciło, bo miała wszechstronny talent. Tworzyła przełomowe role – choćby w „Prawdzie" George'a Clouzota czy „I Bóg stworzył kobietę" Rogera Vadima, który ją na dobrą sprawę odkrył.

Ale to była decyzja umotywowana przełomem w jej życiu. Miała 38 lat, kiedy opuściła kino na dobre. Kryło się za tym zwrot w kierunku walki o prawa zwierząt. Większość jej drugiej połowy życia została poświęcona tej sprawie. Z czasem stworzyła fundację swojego imienia, która do dziś działa w 70 krajach.

Reklama

PW: Bo Brigitte odeszła niedawno, w grudniu.

PA: To symboliczne – odeszła dokładnie w 130. rocznicę narodzin kina, w rocznicę pierwszych pokazów filmowych braci Lumière. Tego dnia, kiedy mieliśmy świętować, w smutku żegnaliśmy ikonę.

Całe jej życie po kinie to dowód determinacji i ogromnego serca. Choć – i to zawsze podkreślam – wielka szkoda, że to serce było głównie dla zwierząt, a brakowało go dla ludzi.

Kochała zwierzęta, nie ludzi?

PW: Wiele osób mówi, że Bardot bardziej kochała zwierzęta niż ludzi.

PA: Sama to mówiła – uciekła w świat zwierząt, bo ludzie ją skrzywdzili. Niestety z czasem zgorzkniała i stała się postacią kontrowersyjną. Między innymi własnego syna potraktowała w sposób, który trudno opisać.

Reklama

PW: Do końca budziła kontrowersje, choćby swoimi komentarzami.

PA: Politycznie nie będę się zagłębiać, ale miała kontrowersyjne poglądy. Środowiska lewicowe, feministki zarzucały jej różne rzeczy. Była postacią skomplikowaną.

Wracając do walki o zwierzęta – zrobiła w tej dziedzinie rzeczy, w których żadna inna gwiazda nie miała sobie równych. Ale to się wszystko wzięło z dzieciństwa. Dorastała w surowym, przemocowym domu. Od maleńkości pielęgnowała żal do ludzi. Potem nieszczęśliwe związki. Fotoreporterzy ograbiali ją z prywatności.

Reklama

PA: To uwielbienie tłumów nie dało jej poczucia prawdziwej, prywatnej miłości.

PW: Kochały ją miliony, a tego brakowało.

PA: Nie czuła żadnego wsparcia wśród ludzi. Stąd ucieczka do świata zwierząt – odnalazła wśród nich ukojenie. Sama mówiła, że czuje się jak zaszczute zwierzę. Te zwierzęta pokazały jej bezwarunkową miłość.

Kopciuszek spod Neapolu – gdyby Sophia zaczynała dziś

PW: Sophię Loren nazywano kopciuszkiem z Włoch. Gdyby te gwiazdy zaczynały karierę dziś, wyróżniłyby się?

PA: Były na tyle charakterystyczne, że przykuwały uwagę od początku. Wierzę, że talent by się obronił. Ale droga do sławy wyglądałaby inaczej.

Reklama

W przypadku Sophii – uśmiechnął się do niej los. Dziewczyna dorastała pod Neapolem w skrajnej biedzie, podczas II wojny światowej. Była wyzywana przez rówieśników od tyczki ze względu na szczupłą budowę i wysoki wzrost. A pewnego dnia wygrała lokalny konkurs piękności. Nagrodą był wyjazd do Rzymu. Tam ją zauważono i kariera potoczyła się sama. Nie miała żadnego wykształcenia filmowego.

PW: Lawinowo się to potoczyło.

PA: Była wielką optymistką mimo trudności. Zawsze powtarzała, że jest szczęśliwą osobą i otrzymała od losu więcej, niż zasługuje.

Ponadczasowe gwiazdy – nawiązania w popkulturze

PW: Piękne jest to, że do dziś młode pokolenia wiedzą, kim jest Brigitte, Sophia, Marilyn czy Audrey.

PA: To ponadczasowe gwiazdy. Pójdziemy do marketu i kupimy obraz z wizerunkiem Marilyn Monroe czy Audrey Hepburn.

PW: Choćby Tymek napisał piosenkę „Sophia Loren" jakieś cztery lata temu.

PA: Jest mnóstwo odwołań w popkulturze. Te wizerunki były na tyle mocne, że wciąż działają na kolejne pokolenia. Ja też jestem przykładem – te filmy wciąż mnie fascynują, te role potrafią zachwycić.

Magia starego kina – dlaczego klasyka nie puszcza

PW: Dziś jest często tak, że film obejrzymy i zapominamy.

PA: Niestety tak. Klasyka ma siłę – przykuwa uwagę i porusza uniwersalne wartości. Ja sama wracam do starych filmów. Mam taki film Alfreda Hitchcocka – „Zawrót głowy" – widziałam go dosłownie setki razy.

Zeszłej wiosny jechałam do Warszawy na pokaz na wielkim ekranie. Wszyscy się dziwili, że lecę na ten sam film po raz kolejny. Ale z każdym seansem odkrywam coś nowego. Kiedy pisze się o kinie, spogląda się na filmy z zupełnie innej perspektywy.

PW: Bo na bieżąco jesteś w tym świecie.

PA: Czasami podchodzę do seansu z nastawieniem na jedną stronę techniczną – śledzę konkretny motyw przez cały film, bo posłuży później w artykule. To takie bardziej filmoznawcze podejście.

Audrey Hepburn – aniołek w świecie pozorów

PW: Co jeszcze było wyjątkowe w tych gwiazdach, oprócz charakteru i wdzięku?

PA: Zacznę od Audrey Hepburn – zdecydowanie moja ulubiona aktorka. Przede wszystkim ze względu na to, jakim była człowiekiem. Brigitte Bardot była kontrowersyjna, kochała zwierzęta, nienawidziła ludzi. Audrey była światełkiem w świecie hollywoodzkich pozorów.

Przyczyniła się do zebrania ponad 20 milionów na cele charytatywne jako ambasadorka dobrej woli UNICEF-u. I to nie było tylko użyczenie wizerunku – sama jeździła do Afryki, spotykała się z kobietami, dbała o dzieci na miejscu.

Pod koniec lat pięćdziesiątych, na planie filmu „Historia zakonnicy", gdy zdjęcia plenerowe powstawały w Kongo, na własne oczy zobaczyła dramat tamtych ludzi. Przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, by to zmienić.

PW: Czy to nie był zabieg PR-owy?

PA: Doniesienia jej bliskich – przede wszystkim synów – wskazują, że Audrey była naprawdę wyjątkowym człowiekiem. Pięknym wewnętrznie, nie tylko zewnętrznie. Synowie wspominają ją jako zaangażowaną, ciepłą matkę, co w tym gwiazdarskim świecie zdarza się rzadko.

Często gwiazdy, zwłaszcza te zaczynające w bardzo młodym wieku, nie potrafią okazywać uczuć. W świecie ogromnych pieniędzy i wpływów – to się gdzieś zatraca. Ale w przypadku Audrey tego nie można powiedzieć. Była inspirująca pod każdym względem.

Kim Novak – bunt i niezależność blondynki Hitchcocka

PW: Z tych kultowych gwiazd najbardziej lubisz Audrey Hepburn?

PA: Audrey Hepburn i jeszcze Kim Novak – blondynka Hitchcocka, która dopiero teraz, po długich latach, zdobywa uznanie. U szczytu sławy krytyka ją pomijała. Szczytowa rola w „Zawrocie głowy" Hitchcocka – a kariera stosunkowo krótka, głównie przełom lat 50. i 60.

Kim Novak mnie inspiruje postawą. Ona też porzuciła Hollywood, ten świat pozorów. Chciała zawalczyć o siebie. Już w trakcie kariery manifestowała niezależność – sprzeciwiała się toksycznym mechanizmom hollywoodzkiego systemu. Zmuszano ją do rygorystycznych diet. Harry Cohn, szef studia Columbia, chciał, żeby zmieniła nazwisko. Imię zmieniła – nazywała się Marilyn Novak – ale nazwisko zachowała. Nie chciała się odcinać od swoich czeskich korzeni.

Renegocjowała kontrakt, buntowała się przeciwko niskim pensjom dla kobiet w porównaniu z męskimi gwiazdorami. Po porzuceniu kariery zajęła się malarstwem, poezją. Od trzech dekad żyje poza blaskiem fleszy.

Na tle typowych kreacji hollywoodzkich Kim Novak zaznaczała naturalność, która w amerykańskim kinie rozwinęła się tak naprawdę dopiero w latach 70.

Najsłynniejsze zdjęcie w historii Hollywood

PW: Masz przed sobą specjalne zdjęcie. Co ono przedstawia?

PA: To chyba najsłynniejsze zdjęcie złotej ery Hollywood, może w ogóle całej historii Hollywood. Sophia Loren wpatrzona w dekolt Jane Mansfield – bohaterki okładkowej mojej książki.

Zdjęcie wykonano w 1957 roku, kiedy Sophia z Włoch przybyła po raz pierwszy do Hollywood. Było to przyjęcie powitalne na jej cześć. W tym samym czasie Jane Mansfield święciła triumfy jako największa skandalistka dekady. Była na dobrą sprawę pierwszą celebrytką w dziejach kina.

PW: To spojrzenie Sophii jest wyjątkowe.

PA: Został uchwycony ikoniczny moment. Sophia później musiała się z tego zdjęcia tłumaczyć – trąbiono, że jest zazdrosna o Jane i jej dekolt. Ale Sofia zawsze pięknie mówiła, że była po prostu zniesmaczona zachowaniem Jane.

Jane miała w zwyczaju odwiedzać imprezy organizowane na cześć innych gwiazd i kradnąć show dekoltem. Świadomie to wykorzystywała – za kulisami podcinała sobie ramiączko, żeby „przypadkowo" puściło przed kamerą.

PW: Przypadkowo.

PA: Tak, „przypadkowo". Niestety wybrała taką drogę rozgłosu. Sama sobie była winna, że ją zaszufladkowano. Pod koniec życia cierpiała z tego powodu. A skrywała wszechstronne umiejętności – miała IQ ponad 160, grała na kilku instrumentach, miała wspaniały wokal.

Miała nadzieję, że skandal ją rozsławi, a z czasem dostanie szansę na pokazanie prawdziwych umiejętności. Obróciło się to przeciwko niej. Pod koniec lat 60. zginęła tragicznie w wypadku samochodowym – miała zaledwie trzydzieści kilka lat.

Sophia zawsze odcinała się od skandalicznej otoczki wokół tego zdjęcia. Powtarzała, że nie będzie się wypowiadała negatywnie o zmarłej. To wspaniale świadczy o jej klasie.

Czy pojawią się nowe ikony na miarę Monroe czy Loren?

PW: Czy w przyszłości mogą powstać postacie na miarę Marilyn Monroe, Brigitte Bardot czy Sophii Loren?

PA: Zawsze jest element zaskoczenia – ktoś nagle się wybija i nic wcześniej na to nie wskazuje. Ale dla mnie to element tajemniczości wyznaczył tamte gwiazdy. Zawsze było jakieś niedopowiedzenie.

Teraz wszystko mamy podane na tacy. Oczywiście – współczesnym gwiazdom należy współczuć, bo dziennikarze biegają za nimi nieustannie.

PW: Nawet do sklepu.

PA: To nie ich wina. Ale ten element sekretu najmocniej przyciągał. Teraz gwiazdy są kreowane na obraz „dziewczyny z sąsiedztwa" – sympatyczne, zwyczajne. To ma swój plus, bo kiedyś Hollywood jeszcze bardziej karmiło się pozorami. Ale nie jest to tak fascynujące dla widzów.

Ludzie lgną do nietypowych artystów. Lubią ekscentryków – nawet jeśli nie na co dzień, to lubią o nich czytać. To przełamywanie rutyny. I dlatego ja zostaję po stronie klasycznych gwiazd.

Warto wspomnieć Marlene Dietrich, która z wizerunku femme fatale uczyniła legendę. Tajemniczość osnuwająca jej losy sprawiła, że jest niezapomniana.

Plany Blondynki Hitchcocka

PW: Jakie plany ma Blondynka Hitchcocka na najbliższy czas?

PA: Przede wszystkim chcę ukończyć książki, które piszę już drugi rok.

PW: Mocno zaawansowane?

PA: W tamtym roku szło dynamiczniej, ale na przełomie roku natłok artykułów spowolnił pracę. Kiedy łapię chwilę wytchnienia od artykułów – bo piszę też o gwiazdach.

PW: Trochę tych artykułów wychodzi w ciągu roku.

PA: Sporo. Jak robiłam podsumowanie za 2025 rok – ponad 200 na pewno. W internecie, w różnych gazetach.

PW: Poza tym to fajna pamiątka – widzieć swoje imię i nazwisko.

PA: W wersji papierowej – tak. Ale dla mnie największą wartością jest to, że mogę dzielić się tą pasją i wiedzą o klasycznym kinie.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło: materiał oryginalny Tematu Szczecineckiego Aktualizacja: 23/02/2026 14:08
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama