felieton ukazał się 22.06 w tygodniku Temat
Wędkarza zazwyczaj kojarzymy z osobnikiem siedzącym bez ruchu z kijem w dłoni. Rzadziej spotkać można brodzącego wzdłuż brzegu, niczym bociek pośród traw. Tych polujących na ryby z łódki jest zdecydowanie najmniej, bo to wersja bardziej kosztowna. Wszystkich łączy wspólna cecha: w swoim procederze są raczej stroniącymi od towarzystwa samotnikami. Tymczasem w ostatnie niedzielne popołudnie stało się zupełnie inaczej. Oto na skrawku plaży wojskowej zjawili się może nie tak licznie – wszakże miało to być „wielkie otwarcie” - ale nawet kilkudziesięciu wędkarzy w jednym miejscu to wydarzenie raczej niecodzienne. Co prawda większość stanowili przyjezdni, ale tak już jest, jeśli tego typu imprezę robi się w niedzielę.
Przyczyną niezwykłego zjawiska tym razem było cięcie wstęgi na oddanej właśnie do użytku przystani wędkarskiej. Od tej niedzieli właśnie w tym miejscu będzie można zacumować swoją łodzią, a nawet zostawić ją na noc. Problem w tym, że wszystkie miejsca zostały już wykupione. Reszta chętnych albo poczeka na rozbudowę stanicy, albo łódkę będzie zabierać tak jak do tej pory do domu. Zwyczajowo przy tego rodzaju uroczystościach były przemówienia i odznaczenia, nawet nieważne w jakiej kolejności. W mniej lub bardziej zgrabnie brzmiących wystąpieniach padło zdanie o niespotykanym nigdy dotąd rozwoju nadjeziornej infrastruktury, a także... żeglarstwa. Obejrzałem się za siebie, a na jeziornej toni właśnie majaczyła gdzieś w oddali żaglówka, sztuk raz. Na jej widok i tego co usłyszałem owładnęło mną uczucie melancholii, smutku i niczym nieuzasadnionego żalu za czasami dawno już minionymi.
Otóż w tych pradawnych czasach, przyznać trzeba, że woda latem notorycznie zakwitała na zielono. O rekultywacji nikt nie myślał, a do jeziora spuszczano wszystko, co się tylko dało, łącznie z mazutem. W tamtych czasach, nikomu nawet do głowy by nie przyszło, że wędkarze mogą mieć swoją stanicę. Mało tego, o remontach istniejących przystani żeglarskich – tak dla przypomnienia: Leśnik, LOK, SMOS i Darzbór, można było jedynie pomarzyć. A już budowa nowej stanicy żeglarskiej z przeszklonym gmachem, salami wykładowymi i wielkim akwarium byłaby niczym lot na Księżyc lub sen wariata.
W tych dawnych czasach po wodzie w te i nazad, bo nie było miejsca do przybijania, kursował leciwy stateczek, a kiedy rdza go zeżarła, zastąpiony został pełnomorska szalupą. W dawnych czasach, oprócz tych plażowych i przystaniowych, był tylko jeden a i to mocno nadwątlony przez lodową krę pomost. W dawnych czasach o urządzeniu Mysiej Wyspy nikomu do głowy by nie przyszło, boć to las, gmina i „krajobraz chroniony”. A gdyby wtedy powiedzieć komuś, że narciarz niekoniecznie musi być ciągnięty przez motorówkę, przeżyłby prawdziwy szok. W tamtych czasach nadjeziorny park kończył się na „kwadraciku” a z drugiej strony - przy stadionie. Dalej była dzicz, pola niczyje czyli wieś Trzesieka i Świątki z PGR-em i chłopo-robotnikami.
Dzisiaj, kiedy oprócz kolejki linowej jest prawie wszystko, zbrakło tylko... ludzi. Bo w tamtych czasach co niedzielę na jeziorze było biało od wszelkiego rodzaju żaglówek. Bo w tamtych czasach w niedziele lub soboty rozgrywano regaty. Latem co tydzień. W pozostałe dni „tylko” pływano i uczono młodych pływać. W tamtych czasach żeglarzy było całe mnóstwo. Największa SMOS liczyła ich ponad setkę! Wodnym bractwem zawiadywało tylko kilku instruktorów. W przystaniach roiło się od młodych ludzi, dla których marzeniem było usiąść za sterem, zrobionego ze sklejki „Kadeta”. Z tym, że najpierw trzeba było przez całą zimę przychodzić na zajęcia, skrobać, szpachlować i malować łodzie, a nawet szyć żagle.
Nie pytam, gdzie podziali się szkoleniowcy, bo większość już przeszła już w stan wiecznego spoczynku. Ale gdzie następcy? Dzisiaj, kiedy mają do dyspozycji tyle sprzętu, tyle różnego rodzaju urządzeń, nawodnych, podwodnych i przybrzeżnych. Ludzie, co się z Wami stało? Instruktorów wymiotło. I choćby w ich miejsce powołano tysiąc urzędników i pełnomocników z biurkami i skoroszytami, to nic z tego nie będzie. Szkolenie młodzieży zastąpiono „edukacją” i „promocją”. Żeglarstwo przez ostatnich kilkanaście lat powoli zamierało. Aż zdechło - co widać na jeziorze. A owszem, są szklane domy. Co z tego, skoro puste? Jak by co, to żeglarze (jeśli tacy nad jeziorem się zjawią), mogą co najwyżej skorzystać z wodnych rowerków przy przeżywającym tego lata „linowy” kryzys wyciągu narciarskim. Mają wybór - rowerek w kształcie łabędzia lub volkswagena. Ten ostatni ze względu na swoją sportową sylwetkę cieszy się niebywałym powodzeniem.
Jerzy Gasiul
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
"Instruktorów wymiotło. I choćby w ich miejsce powołano tysiąc urzędników i pełnomocników z biurkami i skoroszytami, to nic z tego nie będzie. Szkolenie młodzieży zastąpiono „edukacją” i „promocją”"-trafne podsumowanie tematu w różnych dziedzinach sportu w naszym mieście....
"Instruktorów wymiotło. I choćby w ich miejsce powołano tysiąc urzędników i pełnomocników z biurkami i skoroszytami, to nic z tego nie będzie. Szkolenie młodzieży zastąpiono „edukacją” i „promocją”"-trafne podsumowanie tematu w różnych dziedzinach sportu w naszym mieście....