Reklama

To właściwie był kult. Z kilkuset wież buchały płomienie

10/04/2021 06:50

Mylił się mocno ten, kto sądzi, że wieże zwane też czasem kolumnami, poświęcone Ottonowi von Bismarckowi (niem. Bismarckturm) powstały jedynie do podziwiania krajobrazu. Ich głównym zadaniem były… nocne iluminacje połączone ze spektaklami urządzanymi na cześć „żelaznego  kanclerza”. Nic też dziwnego, że najważniejszym ich elementem była ogniowa czara. Rozsiane na terenie dzisiejszej Polski obiekty budzą zainteresowanie, na podbudowie którego powstają niejednokrotnie mity i opowieści niezupełnie zgodne z prawdą.  

 

  W zdecydowanej większości architektura wież charakteryzowała się prostą i masywną kubaturą. Wygląd miał symbolizować moc, potęgę i siłę niemieckiego narodu, a także twórcy tej potęgi - Bismarcka. Po śmierci kanclerza w 1898 r, tego typu nacjonalistyczna podbudowa przyczyniła się do powstania pseudoreligijnego  kultu.

Przejawem owej świeckiej liturgii, oprócz niezliczonej ilości pomników, kamieni pamiątkowych i tablic, był zamysł budowy na terenach ówczesnych Niemiec aż 400 wież.  Ostatecznie zbudowano ich „zaledwie” 238.  

Reklama

W kolejne rocznice urodzin lub śmierci kanclerza rozpalano na ich szczytach w ogniowych czarach wielki ogień, symbolizujący pamięć i energię narodu. „Płonąca” wieża widoczna na wiele kilometrów stanowiła podstawowy element scenograficzny tych pseudoreligijnych spektakli. W zależności od lokalnego zwyczaju „ogniowe kolumny” rozpalano 31 marca, a więc w dniu urodzin kanclerza, a także pomiędzy 21 a 24 czerwca, czyli w dniach letniego przesilenia.  

Na terenie dzisiejszej Polski, głównie w części zachodniej, do dzisiaj zachowało się ich kilkanaście. Jedna znajduje się w naszym parku miejskim, na niewielkim wzniesieniu  nad jeziorem Trzesiecko w rejonie ul. Szczecińskiej. Ustawiono ją w miejscu wczesnośredniowiecznego grodziska, przy okazji niszcząc to, co po nim zostało. Ogień na wieży najprawdopodobniej rozpalano 31 marca. Do podtrzymania wielkiego płomienia używano takich materiałów jak drewno, tłuszcz, olej, ropa, torf, odpady z przędzy lnianej lub smoły. Do dzisiaj na ścianach można dostrzec czarne zacieki. Paliwo wciągane było na wieżę przy pomocy wysięgnika z bloczkiem. 

Reklama

Historia dziwna i ciekawa  

Miejsce to ma swoją dziwną i do końca nigdy niezbadaną historię. Na początek sięgnijmy do mało wiarygodnych przekazów. Otóż w tym miejscu przed wiekami istniało niewielkie, otoczone ziemnym wałem grodzisko.  W kronikach prowadzonych przez zakonnych skrybów, położonego zaledwie kilkaset metrów dalej klasztoru augustianów na wzgórzu Marientron, miejsce owo określano jako Burgwall. Ziemia wprawdzie była tu licha i plony dawała mizerne, za to jezioro Trzesiecko obfitowało - nie tak jak dzisiaj - w dziesięciocentymetrowe płotki, ale w potężne jesiotry, szczupaki i węgorze. Jak na tutejsze warunki żyło się w miarę dostatnio i spokojnie.  

 Pewnego dnia, kiedy to było kronikarze niestety milczą, pojawili się okrutni rycerze – zbójnicy, których w tej części Pomorza było całkiem sporo.  Wdarli się do grodu przemocą, nie szczędząc nawet białogłów i dzieci. Ponieważ miejsce przypadło im do gustu, postanowili pozostać  dłużej. W tym celu sprokurowali głęboki loch, w którym przechowywali dębową skrzynię z cenną zawartością w postaci złota, srebra i dukatów zrabowanych okolicznej ludności. Ale, jako że zło nie może trwać długo, pewnej letniej nocy niebo pokryło się ciężkimi chmurami. Nagle błysnęło, rozległ się okropny huk i cały dobytek wraz z okrutnymi rabusiami pochłonęła matka ziemia.  

Reklama

Od tego czasu miejsce to uważano za nawiedzone. Wśród ludu krążyły niesamowite opowieści o skarbie w dębowej skrzyni. Ale nikt samopas, będący przy zdrowych zmysłach, w te rejony się nie zapuszczał. Według legendy, ostrzeżenia dorosłych zbagatelizowali dwaj młodzieniaszkowie. Którejś nocy postanowili w tajemnicy przed wszystkimi dostać się na szczyt wzgórza i skarb odkopać. Fortuna im sprzyjała i ponoć na skrzynię bez większego trudu się natknęli. Unieśli wieko, aby sprawdzić jej zawartość. W tym momencie rozległ się donośny głos: Zakopcie to głupcy, bowiem skarb powstał na ludzkiej krzywdzie...  Ale jak to młodzi i tych ostrzeżeń nie posłuchali. Mimo gwieździstej nocy jasny piorun strzelił w śmiałków, grzebiąc ich razem ze znalezionym skarbem.  

Reklama

Carl Tümpel, lokalny dziejopis z okresu międzywojennego – profesor historii miejscowego Gimnazjum Księżnej Jadwigi twierdził, że Burgwall już 1356 r. był opuszczony. Przez jakiś czas należał do zakonu augustianów, a w XVI w. to miejsce za cztery floreny kupił młynarz Bartosz (Bartsch). Na początku XX wieku tutejsze pola, łąki z lasami należały do Heinrich’a von Denning’a, właściciela dóbr w pobliskim Juchowie.  

W tym też czasie władze Neustettin postanowiły - wzorem innych niemieckich miast - upamiętnić kanclerza Bismarcka. Wprawdzie już wcześniej poświęcono mu jeden z trzech wielkich głazów ustawionych w parkowym lapidarium, ale tym razem postanowiono uczcić go jeszcze godniej poprzez budowę wieży. W 1907 roku wpłynęła do ratusza oferta od Denning’a , w której– poczuwając się do patriotyzmu -oferuje, że odda swój grunt pod budowę za darmo. Parcela liczyła ok. 900 mkw i znajdowała się na nadjeziornym wzgórzu, kryjącym wczesnośredniowieczne grodzisko. Burmistrz ofertę przyjął. Powołano komitet, który zajął się zbiórką pieniędzy zarówno w mieście jak i okolicznych wsiach. Ponoć mieszkańcy grosza nie skąpili, więc wkrótce rozpoczęła się także budowa.

Reklama

W trakcie okazało się, że podarowana parcela nie miała dojazdu z drogi publicznej. Ponieważ decyzja o budowie już zapadła, dlatego władze miasta zmuszone zostały do wykupienia przyległego terenu, który rzecz jasna należał... również do Denninga’a. W sumie koszt budowy zamknął się kwotą 8 tys. marek, zaś hojny „sponsor” zarobił na tym 5 tysięcy.  

  Prace przy budowie wieży trwały bardzo krótko. Kamień węgielny wmurowano 1 kwietnia (dzień urodzin kanclerza) 1910 roku, a dokładnie 1 kwietnia 1911 roku wieża została uroczyście otwarta. Jak twierdzą kronikarze, stało się to przy licznym udziale wojska oraz mieszkańców miasta i jego okolic. Kulminacją uroczystości ku czci kanclerza Wielkiej Rzeszy było zapalenie w zapadającym już zmroku, na szczycie wieży wielkiego ognia. Widzowie byli wzruszeni. Jak płonąca wieża mogła wyglądać -przedstawiamy na fotomontażu.

Reklama

Potem, już po I wojnie światowej w okresie kryzysu, wieża (nazwana Bismarckwarte) została nawet uwieczniona na notgelcie – tymczasowym środku płatniczym wydawanym przez miasto.  

W tym miejscu należy dodać, że szczecinecki „Bismarck” jest dość topornym dziełem architektonicznym. Nie licząc betonowych schodów wachlarzowych - składa się z równo ułożonego łamanego granitu. Osiemnastometrowej wysokości trzon o rzucie kwadratu, z lekko zbiegającymi się ku górze ścianami, wieńczy cylindryczna nadbudówka nakryta czaszą (misą) ogniową. Aby nie było wątpliwości komu budowla została poświęcona, nad wejściem umieszczono wykonaną w kamieniu inskrypcję – „Bismarck”. Napis został po wojnie skuty i dzisiaj w tym miejscu jest tylko kamienna płycina.  

Reklama

 Trzeba przyznać, że wieża Bismarcka to jeden z najbardziej posępnych obiektów w mieście. Jej „złowrogi” charakter, wynikający choćby z wyjątkowo niezdarnej, stale zacienionej wysokimi drzewami sylwetki, potęguje również patron, którego upamiętnia. Nie przyjęła się - z uporem lansowana w latach PRL-u, „etykieta zastępcza” w postaci nazwy „wieży Przemysława”.

Skąd i komu do głowy wpadło, aby Bismarcka zamienić na enigmatycznego w tej części Pomorza Przemysława, tego nie sposób zrozumieć. Nawet teraz, po latach wątpliwe, czy ktokolwiek do tego pomysłu się przyzna. Czy chodziło o księcia wielkopolskiego Przemysła I (nie Przemysława!) czy też może o Przemysła II, któremu zdarzyło się być przez rok królem Polski – do dzisiaj nie wiadomo. W każdym razie budowla już chyba na zawsze, przynajmniej przez tutejszych, zostanie jako wieża Bismarcka.      

Reklama

Nie tyle wieża, co raczej jej patron dla Polaków jest postacią niezwykle kontrowersyjną. To on (miał posiadłości w nieodległym Warcinie w pow. słupskim) pałał szczerą i nie ukrywaną niechęcią do swoich polskich sąsiadów. Któregoś razu ujął to dość dosadnie: Mam wielką litość dla ich położenia, ale jeśli chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego, jak  ich wytępić. Albo: Bijcie Polaków, ażeby aż o życiu zwątpili. Wszak wilk nie jest temu winien, że go Bóg stworzył takim, jakim jest, i zabija go też za to każdy, kto tylko może... 

Reklama

Czy w tym kontekście mamy obowiązek chronić przedmiot jego kultu? Budowlę od zawsze otaczała atmosfera grozy i tajemniczości. Kilkanaście lat temu nazywano ją wieżą samobójców. Z tego rodzaju pożegnania się z tym światem skorzystały dwie młode osoby – jedna całkiem skutecznie skacząc dla zabawy z parasolką. Na początku lat 90. na tarasie w miejscu balustrady zamontowano wysoką kratę. Od tego czasu wieża dla desperatów stała się już bezużyteczna.  

Na razie bismarckowski monument z roku na rok coraz bardziej pogrąża się w coraz wyższych drzewach. Cieniste miejsce uchodzi za azyl dla amatorów różnego rodzaju używek. Czy można bardziej urozmaicić - jakby nie było - miejską przestrzeń? W 2007 roku pochodzący ze Szczecinka poznański artysta Łukasz Trusewicz wpadł na pomysł, aby na wieży umieścić wielkiego, kolorowego rajskiego kruka. Ptak miał przełamać dotychczasowy stereotyp tego miejsca. Ratusz kruka wprawdzie sfinansował, ale z jego usadowienia na szczycie zrezygnował. Oponenci twierdzili, że ktoś (czytaj burmistrz) sobie robi żarty. Z czego, albo z kogo – nie mówili. Tym bardziej, że tutejszym słowo „Bismarck” kojarzy się w tej chwili raczej z nazwą śledzi w occie... 

Reklama

 

Jerzy Gasiul  

 

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gościni - niezalogowany 2021-04-10 10:29:16

    Bardzo ciekawy artykuł. Szkoda, że nie są prowadzone prace archeologiczne wokół wieży. Być może odkrycie wcześniejszego starego grodu dałoby nam drugi Biskupin...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    brainly - niezalogowany 2021-04-10 11:12:58

    Autor po mistrzowsku opisał naszą "Perełkę" turystyczną i zwrócił uwagę na bardzo ważny, choć drażliwy dla co niektórych fakt - nasz zabytek popada w ruinę. Czy zamiast wydawać budżet obywatelski na zbytki może czas przeznaczyć go na ZABYTKI i przywrócić świetność temu miejscu? Atrakcją dla turystów jest podziwianie panoramy naszego miasta z tego miejsca, choć niejednokrotnie słychać było krytyczne komentarze "dlaczego nikt o to nie dba?" Pytanie chyba pozostanie retoyczne.......

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Mariusz - niezalogowany 2021-04-10 17:40:19

    W Złotowie też była wieża Bismarcka .Została rozebrana 50 lat temu .

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Temat Szczecinecki Temat.net




Reklama