Reklama

Bocian, który mieszka z ludźmi

02/10/2015 17:33

Artykuł ukazał się w 781 wydaniu Tematu Szczecineckiego

Wielu miłośników zwierząt twierdzi, że dom bez pupila i merdającego ogona jest zwyczajnie pusty. A co, gdyby po powrocie z pracy witał nas nie łaszący się kot czy szczekający pies, a radosny... bociani klekot? 

To uczucie od kilku miesięcy doskonale zna rodzina państwa Wolaków, mieszkańców Bugna. Ich życie nieco się zmieniło, odkąd na swojej drodze spotkali pisklaka z długim, czerwonym dziobem. Maluch na początku maja został wyrzucony z gniazda przez swoich rodziców i zostawiony przez nich na pewną śmierć. Stanisław Wolak, który był świadkiem tego zdarzenia, w jednej chwili podjął decyzję o uratowaniu malutkiego bociana. Teraz Kuba, bo takie otrzymał imię, odwdzięcza się wybawcy za pomoc swoim przywiązaniem i głośnym klekotem.

Reklama

- Wszystko zaczęło się od tego, że przyleciały do mnie bociany. A dokładniej do gniazda znajdującego się przy domu – relacjonuje nam pan Stanisław. - Czekałem na nie 10 lat i w tym roku dotarły. Była to bociania para wraz z trzema pisklakami. Pewnego dnia na moich oczach jeden z dorosłych ptaków chwycił małego w dziób i zwyczajnie wyrzucił go z gniazda.

  - Kiedy podszedłem bliżej, na trawie leżało malutkie pisklę. Niewiele myśląc podniosłem je i zabrałem do domu. Tak to się zaczęło. Zbieranie informacji o opiece, szukanie robaczków, żeby tylko przeżył.

Reklama

Jednym z pierwszych kroków była konsultacja z lekarzem weterynarii, który udzielił praktycznych rad i wskazówek, jak postępować z maluchem. Jak przyznaje nasz rozmówca, pierwsze dni z nowym lokatorem były trudne i dosyć ciężkie, ponieważ pisklak musiał bardzo często przyjmować małe porcje jedzenia. Czasami jego opiekun wstawał nawet o 4 nad ranem, aby nakarmić ptaka. 

– Jeszcze nie bardzo wiedziałem, jak się za to wszystko zabrać. Bo przecież takie zdarzenie, jak opieka nad bocianem, trafia się raz w życiu i to nielicznym. Zacząłem mu dawać malutkie kawałki mięsa, robaki, powolutku otwierać mu dziób i wkładać pokarm. Musiał jeść, żeby przeżyć. Później powoli zaczął już jeść sam, dawałem mu mięso, gotowane żółtko itp. Kiedy go znalazłem, akurat żona wyjechała, więc musiałem sobie radzić sam. Po jej powrocie już wspólnie zajmowaliśmy się Kubą.

Reklama

- W którymś momencie mały miał kryzys, przestał jeść. Nawet jeśli na siłę włożyłem mu coś do dzioba, to on to zwracał. Byliśmy już niemal pewni, że nie przeżyje. Ale żona, która jest pielęgniarką, zrobiła strzykawkę z gumową rurką, coś na wzór sondy, i podawała mu to wszystko głębiej do dzioba. Po 2-3 dniach takiego dokarmiania było już lepiej, bocian się wzmocnił, już sam stał na nogach. Kryzys minął i zaczął normalnie jeść.  

Kuba początkowo zamieszkał na parapecie w mieszkaniu państwa Wolaków, gdzie rezydował przez kilka tygodni. Kiedy trochę podrósł, przeniósł się do przydomowego garażu. Tam pan Stanisław przygotował dla niego gniazdo w kartonie wyłożonym sianem. Jak wspomina, bocian od razu polubił swoje nowe legowisko. I to na tyle, że kiedy tylko wieczorem otwierała się garażowa brama, żeby wpuścić go na noc, natychmiast biegł na swoje posłanie. 

Reklama

-  W tej chwili nieco się to już zmieniło. Kiedy jego rodzice opuścili gniazdo, Kuba postanowił się tam przenieść. W ciągu dnia przychodzi do mnie i czasami prosi o jedzenie, a później idzie polatać gdzieś po okolicy. Było nam go bardzo żal podczas tych ostatnich dużych opadów, bo spędził je bez schronienia pod dachem. Kiedy go wołałem po imieniu, reagował – machał skrzydłami i klekotał dziobem, ale do garażu nie chciał już wracać. Wcześniej myśleliśmy, że zimą, jeśli nie odleci, zakwaterujemy go w kurniku, ale nie wiadomo, czy spodoba mu się takie rozwiązanie. Kuba zaczyna latać coraz dalej od domu, robi się samodzielny. No, ale w tej chwili on już sam decyduje, gdzie chce przebywać. 

Niewykluczone, że bocian na stałe zadomowi się w gnieździe, z którego kiedyś wyrzucili go rodzice. Jak zauważył jego opiekun, jeśli ptak zostanie na Bugnie na stałe, może warto by było, aby władze, w ramach promocji i wzorem innych miast, pomyślały o zainstalowaniu kamery przy gnieździe. Wówczas wszyscy moglibyśmy śledzić jego dalsze losy i sprawdzać, co słychać u Kuby.

Reklama

- Czasami wydawało mi się, że jego rodzice jeszcze na niego czekali. Kiedy pozostałe młode już odleciały z gniazda, to rodzice jeszcze przez kilka dni tu wracali. Ale Kuba nie miał z nimi żadnego kontaktu, w ogóle nie fruwał na gniazdo, nie patrzył w ich stronę. Przeniósł się na gniazdo dopiero w momencie, kiedy zostało puste – dodaje pan Stanisław.

Jak przyznaje, martwi się dalszym losem bociana i zastanawia, jak przetrwa zimę, skoro na odlot do ciepłego kraju jest już za późno, a nie będzie chciał zamieszkać w cieple, pod dachem. Jednak zapewnia, że jeśli tylko Kuba będzie potrzebował pomocy i schronienia, zawsze je znajdzie właśnie u państwa Wolaków. 

Reklama

 (mg)

Na zdjęciu: Stanisław Wolak z bocianem.

 

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Temat Szczecinecki Temat.net




Reklama