Reklama

Wacław Liniewicz: Sekretarz

01/01/2022 09:07

Słowo sekretarz kojarzy mi się z tym pracownikiem, który organizuje pracę kancelarii, biura, czy firmy. Jest to praca czysto administracyjna. Sekretarz ma nad sobą szefa, czy dyrektora, który daje mu polecenia i nadzoruje jego pracę. W panującej wtedy (lata 60-te ub. wieku) Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej sekretarzem był ten, który rządził i decydował o wszystkim.

W zależności od usytuowania w partyjnej hierarchii sekretarzom nadawano numery, a także ich zakres odpowiedzialności. Najważniejszy był I sekretarz, a po nim następowały dalsze numery, a także określenia np. rolny, do spraw handlu, aprowizacji, propagandy itp. Byli więc sekretarze gminni, powiatowi, wojewódzcy, a najważniejszy był I sekretarz Komitetu Centralnego w Warszawie. Posiedzenia takich komitetów nazywano egzekutywą. Tam zapadały ważne decyzje, a także kary dla tych podpadających członków partii. Ta nazwa organu była adekwatna dla pełniących przez tą egzekutywę funkcji. Większe zgromadzenia władz partyjnych nazywano – plenum. Społeczeństwo żartowało z tego, że zbierało się ono wtedy, jak był nieurodzaj.

W latach 60 – tych ubiegłego wieku pracowałem w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Wydziale Budownictwa i Architektury. Była to jednostka administracyjna powiatu szczecineckiego o dość szerokich kompetencjach.

Reklama

Kiedyś mój szef wysłał mnie do sekretarza powiatu, aby ten podpisał przygotowaną na piśmie decyzję. Zapukałem do jego biura i na ,,proszę” wszedłem. Tam nasz sekretarz konferował sobie ze swoim kolegą stałym posłem na Sejm PRL p. Józefem Macichowskim.

Chciałem się wycofać, ale sekretarz szerokim gestem kazał mi usiąść na wolnym fotelu. Przeczytał to, co przyniosłem, podpisał i powiedział mi, że ma dla mnie propozycję, abym wstąpił do partii.

Zaskoczony tą ofertą odpowiedziałem, że ja bez tego członkostwa staram się uczciwie i solidnie pracować. Na to on odpowiedział, że jego propozycja ma to na względzie. Ale ja jeszcze tak nisko nie upadłem, aby wstępować do partii – tak mi się spontanicznie wyrwało. Pan poseł zaczął się śmiać, a sekretarz poczerwieniał, wstał i zapytał - co ja wypowiadając to rozumiem? Połapałem się, że popełniłem nietakt, więc starałem się ratować sytuację, aby nie wylecieć z pracy. Powiedziałem wtedy, że szanuję pana sekretarza jako czołowego przedstawiciela panującej partii, ale ci, co do niej powstępowali (nasi wspólni znajomi) to w większości pijacy, dranie i lenie. Gdybym wstąpił do partii, to byłbym tak, jak oni, po prostu nieuczciwy.

Reklama

Pan poseł poparł mnie i powiedział, że ja mam rację. To uspokoiło sekretarza, a ja odtąd zyskałem u niego szacunek. Nigdy nie mówił do mnie na ,,Wy” (tego zwrotu używał w rozmowie z innymi). Do mnie zwracał się na ,,Pan”. W wielu sprawach fachowych popierał moje opinie i wypowiedzi. Tak w tym Wydziale przepracowałem 11 lat (1961-1972). Do naszego Wydziału do pracy przyszła Stażystka Miecia. Była to młoda, ładna i zgrabna dziewczyna o czarnych oczach i włosach. Miała też dość obfity biust, który to po odpowiednim poruszaniu ramieniem wprawiała w falowanie. Było to zjawisko niecodzienne i zaskakujące nie tylko męską część rozmówców. Dlatego Miecia miała wielu adoratorów. Jej względy zaskarbił sobie młody i przystojny kierownik Wydziału Kultury. Którąś z rzędu randkę zaplanowali sobie w miejscowym, jedynym w mieście hotelu. Tam w trakcie miłosnych uniesień w negliżu ścigali się po hotelowym korytarzu.

To zwróciło uwagę hotelowej obsługi, a ta w ramach dbałości o socjalistyczną moralność o tym wydarzeniu doniosła Przewodniczącemu Prezydium.

Reklama

Ten wezwał delikwentów ,,na dywanik”. Po umoralniającej rozmowie kierownikowi Wydziału Kultury dał upomnienie, a naszą biedną Miecię, nie zważając na jej niewątpliwą urodę kazał zwolnić. W ramach protestu za takie potraktowanie sprawy dopasowana już względnie para porzuciła pracę i wyjechała na południe Polski. Potem do Przewodniczącego Prezydium przysłali kartę pocztową z podziękowaniem za pouczenie i dotychczasową pracę. W treści karty nasza Miecia nazwała Przewodniczącego bardzo brzydko, nie stosując przy tym gwiazdek. Kierownik Kultury też się do tego dopisał proponując Przewodniczącemu, aby go pocałował tam z tyłu, a za darmo w nagrodę zobaczy to, co męskie, którego chyba Przewodniczącemu brakuje. Karta trafiła tak jak każde urzędowe pismo do Kancelarii Ogólnej. Tam wszystkie panie zapoznały się z treścią. Potem dano kartę do sekretariatu, tam również wzbudziła zainteresowanie, by w końcu między innymi dokumentami trafiła na biurko Przewodniczącego. Ten zamiast wyrzucić do kosza ten obraźliwy dokument przedstawił go na poniedziałkowej naradzie Kierowników Wydziałów. Tam karta poszła w obieg. Potem też trafiła do Komitetu Partii jako dowód niewdzięczności zwolnionych pracowników. Już wtedy w Powiatowym Komitecie Partii zastanawiano się nad poziomem inteligencji ich kolegi b. sekretarza partii, a teraz Przewodniczącego Prezydium.

Czarę goryczy przelał fakt pewnego wywiadu, którego udzielił Przewodniczący dla pani redaktor ,,Głosu Koszalińskiego”. Przy odpowiedzi na dość trudne zadane pytanie pan Przewodniczący poszedł po ,,rozum do głowy” pomagając przy tym palcem zanurzonym w nosie. Tak go sfotografowała pani redaktor i pod swoim artykułem zamieściła na pierwszej stronie partyjnej gazety. Towarzysze partyjni doszli do wniosku, że Przewodniczącego trzeba wymienić, ale jak to zrobić nie naruszając jego godności i zasług dla partii. Na zorganizowanym uroczystym posiedzeniu zaproponowano mu awans do Warszawy, a przy tym studia w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym w Warszawie. Ucieszony tym wyróżnieniem Przewodniczący złożył rezygnację z pełnionych dotychczas funkcji. Pełen wiary i optymizmu udał się do Warszawy. Tam go z honorami przyjęto i poproszono o świadectwo - dyplom ukończenia szkoły średniej, jako podstawowy warunek rozpoczęcia studiów. Tego niestety nasz Przewodniczący nie miał, a jego koledzy narazili go na śmieszność. Musiał ,,po cichu” wrócić do Szczecinka. Tu też zasłużeni koledzy z partii wynaleźli mu pracę w Spółdzielni Inwalidów ,,Słowianka” w Szczecinku, jako specjalistę ds. inwestycji. Męczył się ten człowiek na tym stanowisku nie mając do tego zawodowego przygotowania. Pomagałem mu wdrożyć się w trudną sztukę budowania. Widziałem jego załamanie, a także niewdzięczność i drwiny jego partyjnych kolegów. Wkrótce potem zmarł. Niewielu odwiedza jego grób, a jeszcze mniej modli się za jego duszę. Chyba jestem samotny w modlitwie w jego intencji, a tych modlitw potrzeba mu wiele.

Reklama

 

 

Foto: W. Liniewicz/Wystawa w Muzeum Regionalnym w Szczecinku

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Plon - niezalogowany 2022-01-01 10:27:04

    Niestety te czasy wracają ze zdwojoną siłą. Różnica jest w partyjnych, teraz mają wyższe wykształcenie z prywatnych uczelni. Inteligencji też brak, bazują na układach.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Stefek - niezalogowany 2022-01-03 07:40:41

    A niektórych żoną się we łbach pokręciło

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Andrzej - niezalogowany 2022-01-01 13:17:28

    Ech! Bywali w naszym mieście ludzie tępogłowi: pamiętam nijakiego Sylwestra G. przypisującego sobie tytuł inżyniera, gdy w rzeczywistości mógłby być najwyżej pomocnikiem murarza. Ostanie lata pracy, czy raczej zatrudnienia spędził... dojeżdżając codziennie autobusem PKS do Koszalina: Szczecinek miał już go dość.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Temat Szczecinecki Temat.net




Reklama