Wanda Kręciejewska-Świokła, mieszkanka Szczecinka, prowadzi kanał YouTube od pięciu lat. Zaczynała w wieku 63 lat, dziś ma ponad 105 tysięcy subskrybentów swojego kanału "Zielistka na starej szafie" i srebrny guzik YouTube. W rozmowie opowiada o początkach, kosztach prowadzenia kanału i o tym, dlaczego nie wstydzi się mówić skąd pochodzi.
Pełną wersję rozmowy znajdziesz w materiale wideo (powyżej) lub do odsłuchania w wersji audio.
Maciej Gasiul: Zaprosiłem Wandę do studia, bo może powie o nas w swoim podcaście? "Zielistka na starej szafie" ma 105 tysięcy followersów na YouTubie. Wanda jest piewcą slow life, ale tak naprawdę na tym jej kanale dzieje się bardzo dużo różnych rzeczy.
Wanda Kręciejewska-Świokła: „Życie jest różne. W różnym okresie mamy też różne nastawienie i do życia, i do tego co robimy. Przeszłam na emeryturę i nagle zaczęłam coś robić na zasadzie, żeby coś ze sobą zrobić. Zastanawiacie się, jak jest na tej emeryturze? Czy nie będziecie się nudzić? Czy nie staniecie się nagle wykluczeni ze społeczeństwa, z przyjaźni?"
MG: Od kiedy oglądasz YouTube'a?
WKŚ: „Szczerze? Odkryłam go dopiero jak miałam 63 lata. Pracowałam w Niemczech jako opiekunka osób starszych. Co dwa miesiące przyjeżdżałam do domu. Tam nie miałam dostępu do polskich czasopism, telewizji, radia. YouTube pozwalał mi usłyszeć polską mowę. Na początku w ogóle nie wiedziałam, jak się w tym poruszać, nie umiałam znaleźć materiału, który mnie interesował. Moje pokolenie to nie jest pokolenie YouTube'a."
MG: I wtedy nakręciłaś pierwszy film?
WKŚ: „Przeczytałam, że na YouTube można przechowywać prywatne filmy. Każdy, kto się zaloguje, ma kanał i może trzymać tam swoje nagrania bez udostępniania publiczności. Jak zobaczyłam, jak wyglądają te filmy, pomyślałam – może i ja spróbuję. Przyjechałam do domu, wzięłam telefon, kupiłam jakąś doniczkę, chodziłam po mieszkaniu. Film trwał całe dwie minuty."
MG: A ile go kręciłaś?
WKŚ: „Dokładnie dwie minuty. Wzięłam telefon i gadałam byle co."
MG: I co się okazało?
WKŚ: „Miał być prywatny, ale przez moją ignorancję i nieumiejętność obsługiwania tego wszystkiego udostępniłam go publicznie. Pojechałam z powrotem do pracy do Niemiec. Wieczorem siedzę, oglądam YouTube'a i nagle widzę mieszkanie podobne do mojego. W ogóle nie załapałam, że to moje mieszkanie. Myślę sobie – ale podobne. A potem dotarło do mnie: to jest moje mieszkanie, mój film. I od razu się wzbudziło we mnie – jakim prawem? Kto udostępnił ten film?"

MG: A to ty sama.
WKŚ: „Tak, okazało się że to ja. Ale zwróciłam uwagę, że ten dwuminutowy film miał już ponad tysiąc wejść i chyba 116 subskrypcji. I były łapki w górę, pozytywny odbiór. Zszokowało mnie to. Ten film nie dawał żadnej treści, nie edukował."
MG: I po tym pierwszym filmie zdecydowałaś, że będziesz to robić?
WKŚ: „Tak. Po tym filmie i po oglądaniu przez kolejne dwa miesiące różnych materiałów pomyślałam – to ja takie też mogę robić. Zadzwonił do mnie kolega, a ja mówię: słuchaj, otwieramy kanał na YouTubie. Zaczął się śmiać. Ja mówię: ty się nie śmiej, przyjeżdżam i to robimy."
WKŚ: „Jeszcze będąc w Niemczech zamówiłam kwiaty przez internet. Była końcówka pandemii, ludzie masowo kupowali rośliny, wprowadzali przyrodę do domów. Zamówiłam tak, żeby przyszły jak ja przyjadę. Mówię do kolegi: kręć. A on: ale co? Ja mówię: jak ja to otworzę, drugiej powtórki nie będzie."
MG: Zrobiłaś unboxing kwiatów.
WKŚ: „Tak. Tłumaczyłam mu: stań jak statyw i po prostu kręć. No i tak nam wyszło. Odpakowywałam rośliny, pokazywałam. Potem przyszedł listopad, grudzień, zrobiłam kilka filmów o dekoracjach bożonarodzeniowych, sypialniach. I jakoś poszło."
MG: Mało youtuberów mówi, skąd pochodzi. Niektórzy się wręcz wstydzą.
WKŚ: „A ja nie. Jestem dumna z mojego miasta. Urodziłam się tutaj, widzę jakie zmiany zaszły. Kocham nasz park, kocham tę możliwość – samochodem pyk i jestem w lesie, jestem nad innym jeziorem. Szkoda tylko, że jesteśmy daleko od lotniska. Jak lecę na Teneryfę, to raz z Gdańska, raz z Poznania – tak czy inaczej trzy godziny jazdy."
MG: Do Gdańska 200 kilometrów, do Szczecina 200, do Poznania 200. Jesteśmy w centrum.
WKŚ: „Mogę powiedzieć, że jesteśmy stolicą zadupia."
MG: To bardzo zaszczytna nazwa.
WKŚ: „Dobrze, że nam chociaż tę drogę szybką robią. Jazda do Koszalina latem była koszmarem."
WKŚ: „Bardzo dużo osób mówi, że przyjeżdża do Szczecinka. Przysyłają mi zdjęcia. Śmieją się, że powinnam być honorową ambasadorką miasta."
MG: Rozpoznają cię na ulicy?
WKŚ: „Mnie się zawsze wydaje, że nikt mnie nie rozpoznaje. A potem spotykam kogoś i okazuje się, że tak. Spotkałam tutaj moją widzkę, która przyjechała ze Szwajcarii. Jechała do Kołobrzegu i specjalnie wstąpiła do Szczecinka, bo zna miasto z mojego kanału."
MG: Mówisz czasem, że jak czegoś potrzebujesz z siebie wyjąć, idziesz do lasu. Od kiedy masz kanał, częściej tam bywasz?
WKŚ: „Tak. Miałam bardzo poważny kryzys, jakieś dwa lata temu. Takie wypalenie. Zrobiłam film przed wyjazdem na Teneryfę do dzieci, pokazywałam jakie buty zabrać. I nie wiem skąd, bo ja naprawdę nie mam dużo hejtu na kanale, ale wtedy wylał się hejt pod tym filmem. Bardzo brzydkie komentarze."
MG: Co zrobiłaś?
WKŚ: „Mój syn Kornel mówi: mamo, te komentarze trzeba po prostu usunąć. On nawet pousuwał część, bo ja generalnie nie usuwam komentarzy. Wiem, że YouTube też potrafi sam usuwać, jak padają niecenzuralne słowa."
WKŚ: „Po tym filmie poszłam do lasu w Bornem Sulinowie. Tam te lasy są jeszcze duże. Zobaczymy jak długo. Poszłam z Lolą i szłam taka smutna. Miałam ściśnięty żołądek. To jednak jest stres, te hejty nie są nigdy miłe. Myślałam: nie będę tego robić. Po co ja mam się tak denerwować? Po co ma mi być tak przykro? Jestem emerytką, świadczenie mam. To nie jest tak, że nie będę miała chleba, jak nie będę robiła tego YouTube'a."
MG: I co się stało?
WKŚ: „Był to długi spacer, ponad dwie godziny. I w którymś momencie, wracając, uświadomiłam sobie, że już nie myślę o YouTubie. Byłam zrelaksowana. Nie zaglądałam do telefonu. Szliśmy z Lolą, ptaki pięknie śpiewały. Zaczęłam otaczać się tym pięknem, myśleć o tym pięknie. I nawet nie wiem kiedy wyszłam jakby nowonarodzona."
MG: To była kanwa do twojego opowiadania?
WKŚ: „Tak, też. Wszystko się tam przeplata."
MG: Liczyłaś kiedyś, ile kosztuje cię ta produkcja?
WKŚ: „Nigdy nie liczyłam. Zainspirowałeś mnie, policzę. Jestem na emeryturze i telefon za 8 tysięcy złotych jest mi teoretycznie niepotrzebny – bo po co mi telefon, tylko żeby dzwonić. Ale ten telefon na siebie pracuje, jest moim narzędziem pracy."
WKŚ: „Są wydatki typu mikrofony. Ja muszę mieć te krawatowe, bo ja chodzę, nie siedzę w jednym miejscu. Raz zostawiłam cały komplet mikrofonów w naszym parku. Ktoś zabrał, nie było nikogo. No wzięli."
MG: A reszta sprzętu?
WKŚ: „Dwie kamery, statywy, światła. Mam lepszy internet, żeby przesyłać filmy – żeby to nie było tak, że coś się całą noc kotłuje. Za muzykę płacę, za programy do montażu płacę. Kto to prowadzi, ten wie. Za wszystko się płaci."
MG: A wsparcie od widzów?
WKŚ: „Mam przycisk do tych kawek, do podziękowań. Ale to jest kilka kawek w ciągu roku o wartości 10-15 złotych. Trudno to nazwać wsparciem. Ja jakoś nie umiem prosić. Wiem, że powinno się mówić – wesprzyj kanał – ale nie mam sumienia."
WKŚ: „Jest też opcja stałego wsparcia. Mimo że mam taką możliwość, ani jednej osoby nie mam wspierającej mnie w ten sposób. Nie jesteśmy skłonni do wspierania youtuberów, między innymi przez te mity. Wydaje się, że zarabiamy duże pieniądze. Są osoby, które zarabiają dużo – Friz, Andziaks, Budda – ale to jednostki. Na tym micie tracą mniejsze kanały, które nie dostają takich przychodów."
MG: Co cię najbardziej męczy w tej robocie?
WKŚ: „Robienie filmów mnie nie męczy, sprawia przyjemność. Ale transmisje na żywo – to co innego. Robię je w ostatni poniedziałek miesiąca, trwają zazwyczaj godzinę, czasem półtorej."
MG: Czemu to jest trudniejsze?
WKŚ: „Teraz jest was trójka – ty, Patryk, ja. Patrzę na jedną twarz, na drugą, mówienie mnie nie męczy. Ale na live'ach jestem sama w pomieszczeniu. Mam kamerę i gadam do kamery. Muszę jeszcze w międzyczasie czytać pytania, żeby coś odpowiedzieć. To są spotkania z widzami – pytają o wszystko. Czy mam sztuczne rzęsy, jak dbam o siebie, jaką mam farbę do włosów, ile mam roślin, dlaczego tak mało filmów kulinarnych."
WKŚ: „Jak wyłączę ekran po takim live'ie, to czuję jakby energia ze mnie została wyssana. Nie na zasadzie, że mam to z głowy – po prostu czuję zmęczenie. Ale robię to późno, o 20:00, więc do lasu nie pójdę. Czas do łóżka."
MG: Te opowiadania, które czytasz na kanale – sama je piszesz?
WKŚ: „Tak."
MG: Musicie posłuchać.
WKŚ: „To był taki zamysł na wieczory jesienno-zimowe. Krótkie opowiadanie plus rozmowa. To są jakieś 4 tysiące wiernych widzów, którym ten temat odpowiada. Podejrzewam, że osoby starsze, które lubią spokojny wieczór."
MG: Patryk (Witczuk, obecny przy nagrywaniu tej rozmowy) podpowiada o filmie, który przekroczył milion. Spodziewałaś się, że film o robieniu wiązanek to osiągnie?
WKŚ: „Nie. Ale ten film mówił o praktycznie braku kosztów. Ludzie robią wiązanki na cmentarz – jak jest jedna, można sobie pozwolić na drogą. Ale rodziny są duże, nasi bliscy umierają, nagle trzeba tych wiązanek robić dużo i wtedy liczą się koszty. Pokazałam, że można zrobić piękną wiązankę prawie bezkosztowo, wykorzystując to co mamy w ogrodzie. Była trochę niestandardowa, ale się spodobała."
MG: Ile zarobiłaś na tym filmie?
WKŚ: „To były duże pieniądze. Może nie dla każdego są duże, ale jak na film – ponad 15 tysięcy złotych. To był pierwszy raz, kiedy tyle zarobiłam na jednym materiale."
MG: I teraz co roku robisz takie filmy?
WKŚ: „Tak, staram się. Mam też inne, które mają 700-800 tysięcy wyświetleń. Kulinarne też dobrze chodzą – lubimy gotować."
MG: Wspomniałaś o IKEA i planie filmowym.
WKŚ: „To był mój pierwszy sukces, który odebrałam jako sukces kanału. IKEA zaprosiła mnie na plan M jak miłość pod Wrocławiem. Jedna z bohaterek miała metamorfozę sypialni, a IKEA była sponsorem. Prosili, żebym opowiedziała o tej sypialni."
WKŚ: „Przyjechałam z telefonem na selfie sticku. Patrzę – inni przychodzą z aparatami, gimbalami, sprzęt wart więcej niż mój samochód. Poczułam się taka mikro. Odezwał się we mnie kompleks prowincji. Chociaż nie uważam, żeby Szczecinek był prowincją, ale gdzieś ten kompleks miałam."
WKŚ: „A potem okazało się, że wszyscy mnie traktują poważnie. Młodzi ludzie na planie podchodzili do mnie profesjonalnie. Nikt mnie nie poklepywał, nie mówił – no idź, idź tam. To było dla mnie zaskoczenie. Poczułam, że chyba fajnie to, co robię."
WKŚ: „Na planie filmowym jest niesamowite tempo. Nagle jest pusto, a za chwilę zjeżdża cała ekipa. Autobus, drzwi znikają, stół znika, wszystko się zmienia w sekundy. A człowiek stoi jak dziecko we mgle."
WKŚ: „Później byłam u Uli Pedantuli, Uli Hincz, dziennikarki z TVN-u. Sama mówiłam kiedyś, że chciałabym z nią nagrać film. I ona mnie zaprosiła. Zobaczyłam, jak wygląda profesjonalna produkcja – oświetlenie, kamery na suficie, po bokach. Pierwszy raz makijażystka mnie malowała. Był sztab ludzi, który jej pomagał. Duże kanały mają asystentów, pomocników do ustawiania tego wszystkiego. Ja sama wszystko robię – rozstawiam, pokazuję, chowam. I jeszcze sama montuję."
MG: Jak się dostaje ten guzik?
WKŚ: „Srebrny to 100 tysięcy subskrypcji, złoty to milion. Potem są diamentowe. Milion to raczej nie w moim wieku – młodzi ludzie chętnie subskrybują, starsi bardziej szanują swoje subskrypcje."
WKŚ: „Pamiętam, jak podczas live'a miałam 99 999 subskrypcji. Ktoś to zauważył i mówi: słuchajcie, kto jeszcze nie subskrybuje? I razem się cieszyliśmy, jak licznik przeskoczył na 100 tysięcy. To był zbieg okoliczności, bardzo miły moment."
WKŚ: „Nie dostajesz guzika od razu. YouTube weryfikuje, czy to nie były sztuczne subskrypcje, czy się nie cofną. Musisz utrzymać tę liczbę przez jakiś czas, wypełnić wniosek. Dopiero potem dostajesz nagrodę. Wiesz, że idzie paczka, ale nie wiesz kiedy – nie ma powiadomienia jak z InPostu."
MG: Jaki jest przekrój widzów?
WKŚ: „Najwięcej ma co najmniej 65 lat – to 38 procent. Potem 55-64 lata – 31 procent. Jest też 16 procent w wieku 45-54. Ale te statystyki nie pokazują wszystkiego – matki piszą, że oglądają z córkami z jednego konta."
MG: Gdybyś szła lasem i znalazła szkatułkę – taką jak w twoich opowiadaniach – o czym byś pomyślała? Co jest w środku?
WKŚ: „Staram się nie myśleć, co tam jest. Czytałam ostatnio książkę o tym, że wszystko jest energią. Jeżeli ktoś coś schował, to miało dla niego duże znaczenie. Czasami to może być kamyk, czasami kawałek drewna – ale to coś było ważne dla tej osoby. Z pełnym szacunkiem bym odkrywała wszystkie rzeczy, które bym znalazła."
MG: A o czym byś pomyślała najpierw?
WKŚ: „Pewnie bym się zastanowiła, czy w ogóle to otworzyć. Czy wkraczać w czyjeś życie, czy zostawić tam, czy odłożyć. Bardzo często tak mamy z wyborami – zastanawiamy się czy pójdziemy, czy zrobimy, czy jednak nie, czy warto odpuścić. Chyba nad tym bym się zastanowiła najpierw – co mam zrobić, czy otworzyć, czy nie."
MG: Bardzo ładna puenta naszej rozmowy.
To tylko duży skrót wywiadu. Pełny zapis naszej rozmowy (właściwie wywiadu rzeki) - w wideo, lub do posłuchania.
wersja audio:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Super. Dziękuję za wytrwałość.