Felieton ukazał się w dzisiejszym (24 stycznia) wydaniu tygodnika Temat
Od wielu tygodni medialnym hitem są fotoradary. Nie ma stacji radiowej, telewizyjnej bądź tytułu prasowego, aby o tym wcale nie nowym zjawisku, nie mówiono. Ponoć ma być ich teraz tyle na polskich drogach, że żaden kierowca nie będzie w stanie przejechać choćby z pracy do domu bez mandatu, bo na pewno po drodze go utrwalą na zdjęciu. Gorzej, może być także podstępnie upolowany przez „uzbrojony” w tego typu urządzenie nieoznakowany samochód Inspekcji Transportu Drogowego. Ponieważ znaczna część ludzi posiadających prawo jazdy, co nie jest tożsame z pojęciem „kierowca”, szacunek do prawa o ruchu drogowym wyssała niemal z mlekiem matki, a może nawet w życiu prenatalnym, stąd wielkie w tym względzie panuje oburzenie.
Ci, co z sukcesami (jak sami o sobie mówią w różnych telewizjach) sprawują rządy w naszym kraju, w ostatnim czasie bardzo mocno przejęli się, rosnącym jak procenty w parabanku, deficytem budżetowym. I ja to rozumiem. Vat-u dalej, przynajmniej na razie, windować się nie da, a kasy brak i trzeba było coś wymyślić. Szkoda tylko, że o tym nie powiedzą głośno, całkiem niepotrzebne zasłaniając się jakimiś tam sloganami o bezpieczeństwie.
To tak na wstępie. Przejdźmy jednak na nasze podwórko. U nas policyjnych, mówiąc inaczej, państwowych radarów nie ma. Nie mam na myśli ręcznych „suszarek”. Nie mamy więc praktycznie żadnej możliwości, aby przyczynić się do wzrostu dochodów państwa, chyba że przebywając czasowo na obcym terenie.
U nas mamy za to fotoradary Straży Miejskiej. Jeden stacjonarny, to ten przy wylocie z miasta przy ul. Pilskiej i drugi, który najczęściej wystawiany jest na ul. Narutowicza. Oba pracują na rzecz miejskiej kasy. Już sam fakt ich istnienia wielu uważa za oznakę moralnej degrengolady. No bo jak tak może być? Nas? Bohaterów? Radarem?! I to za to tylko, że było prosto, jezdnia szeroka i sucha, a krowy pasły się kilkadziesiąt metrów od pobocza. Aby nie było wątpliwości wyjaśniam, że mam na myśli przedmieście Szczecinka - Trzesiekę. No przecież nie tak to miało być.
Rzecz jasna reguła ta nie ma zastosowania za zachodnią granicą. Tam jedziemy posłusznie jak baranki. O przekroczeniu dozwolonej prędkości nawet o pięć km mowy nie ma. Co innego tutaj. Tutejsi strażnicy wg panów braci są nieludzcy. Otóż nastawili swoje urządzenia tak, że rejestrują delikwentów dopiero wtedy, kiedy na liczniku jest o dziesięć kilometrów więcej niż trzeba.
Czyż nie mam racji, pisząc o oburzających cały postępowy świat szykanach? Mogli być bardziej wyrozumiali i przykładowo zwiększyć zapas o 30 km/h, bo szeroko, pusto i ładna pogoda. Ale nie. Najlepiej walnąć nas po kieszeniach. A że jechać można szybciej, udokumentował to swego czasu pewien motocyklista, robiąc sobie portrecik przy szybkości trzy razy większej od dozwolonej. A teraz na poważnie. Potencjalnych dawców nerek, serc i kilku jeszcze innych części ciała należy szanować, co nie oznacza tolerować ich wybryki.
Gdyby nie fotoradar, o tego rodzaju wyczynach nigdy byśmy się nie dowiedzieli, a jak już to z suchego policyjnego komunikatu, że nie dostosował prędkości do warunków drogowych.
Można odnieść wrażenie, że największymi wrogami fotoradarów są ci, którzy zostali już ukarani mandatami. A jeśli taką dość zawyżoną cenowo fotkę zrobią - być może nawet nie jeden raz - jakiemuś redaktorowi, a wtedy oburzenie spotęgowane wielkością nakładu lub odbiorców wzrasta niepomiernie. To głównie oni robią największy rwetes i lament.
Z całą pewnością miejscowym kierowcom, ale tylko tym, którym przynajmniej nie zawsze się śpieszy, fotoradar nie jest i nie będzie żadną oznaką szykanowania, inwigilacji czy zniewolenia. Po pierwsze wiedzą gdzie fotoradary stoją. A po drugie „poszaleć” na wąskich i zapchanych uliczkach naszego miasta jest najczęściej niemożliwe. Przyczyna tego stanu jest prozaiczna. Nie ma w promieniu kilkuset kilometrów tej wielkości miasta z tyloma miniaturowymi rondami, wysepkami, zwężeniami jezdni, przejściami dla pieszych, a nawet światłami i jednokierunkowymi ulicami jak Szczecinek. Może to i dobrze, choć przyznajmy, tego rodzaju „niepotrzebne” utrudnienia mogą prowadzić do irytacji, a kto wie, z czasem być może nawet do nerwicy.
Jerzy Gasiul
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze