A nie tak dawno temu w chałupach swoich siedzieli pozamykani, i biadolili, i zamartwiali się na wiele sposobów. Ot, chociażby chorobami się zamartwiali, wysokością swych dochodów, tym, że lat im przybywa i cały czas główkowali, jak by tu swoim dorosłym już dzieciom, a i wnukom nieba przychylić. A o sobie nie myśleli wcale, bo uważali, że życie mają już za sobą.
Tak było, ale trza powiedzieć, że całkiem się odmieniło. No bo oni, znaczy się seniorzy, wzięli się w garść i jak ich znam, to nie popuszczą. Ino patrzeć, jak wzniosą chóralny śpiew - Ole, ole, ole my nigdy nie poddamy się. I ruszą. Ba! Oni już ruszyli. Bo wiadomo, ruch to zdrowie. Na uniwersytet trzeciego wieku tłumnie ruszyli. Gdzie jeszcze są? A gdzie ich nie ma! Na basenie są, na przyrządach siłowni na wolnym powietrzu dzielnie ćwiczą. Na rowerach letnią porą wkoło jeziora śmigają, pojedynczo i grupkami z kijkami w dłoniach dzielnie ścieżką rowerową nad jeziorem maszerują.
No nic ino podziwiać, zwłaszcza jedną z pań, która od lat kilku regularnie, bo codziennie, przemierza trasę od „kołków” do Trzesieki i na odwyrtkę. Niby trasa niewielka, ale - no właśnie, to jak ta trasa jest przez nią przemierzana wzbudza podziw i to nie tylko mój. Bo nie dość, że maszeruje krokiem energicznym i sprężystym w tempie, którego niejeden młody by jej mógł pozazdrościć, to czyni coś, czego żadna instrukcja nording walking nie przewiduje. Bo nagle marsz przerywa i zaczyna bieg równym truchtem, rytmicznie i z dużym wdziękiem przebierając przy tym kijkami. Co ja mówię, ona po prostu płynie po tej ścieżce i nagle znika, gdyż skręca w jedną z licznych dzikich ścieżek. Krąży wśród drzew i ponownie się pojawia na ścieżce, znowu maszeruje, po chwili biegnie, znowu skręca, znika i znowu się pojawia. No, powiem krótko, no nikt tak po ścieżce nie maszeruje. Ot, zagadka. No nie dawało mi to spokoju i gdy ją spotkałem kilka dni temu, przepraszając, że w marszu przeszkadzam i za swą ciekawość, o wyjaśnienie tej swoistej techniki marszu poprosiłem.
No i nie uwierzycie, czego się dowiedziałem. Otóż ta pani i owszem jest miłośniczką tej dyscypliny sportu jaka od Skandynawów do nas przybyła i maszeruje dla zdrowia. Ale jak się łokazało, jest ona również miłośniczką naszego parku. No i zdzierżyć nie mogła widoku porozrzucanych butelek po napojach wyskokowych, a i schładzających, że o inszych opakowaniach już nie wspomnę. No i w trakcie codziennego marszu zbierała toto i w większe kupki przy ścieżce składała, co by służbom miejskim sprzątanie parku ułatwić. Tym samym wyjaśniło się, dlaczego ta miłośniczka kijków i naszego parku biega i skręca w dzikie ścieżki. Bo dłuższa trasa to samo zdrowie, a i większą ilość szkła i plastyku można na kupkie zebrać.
No, jak ja to usłyszałem to poczułem jak rumieniec wstydu wypełza mnie na moją twarz. I nie dlatego, że w parku śmiecę, bo nie śmiecę i przysiąc na tą okoliczność się mogę. Zawstydziłem się z tej przyczyny, że latem tamtego roku pochwaliłem miejscowych amatorów i wielbicieli spożywania trunków na świeżym powietrzu. Nie chwaliłem ich za spożywanie - bynajmniej. Pochwaliłem ich, że kulturę osobistą mają i butelki na kupki składają. A tu się rypło niestety zresztom. Bo oni skurczybyki po staremu flaszki ciepią byle gdzie, a w kupki to składa po nich ona, bo i maszerować lubi i nasz park lubi też.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze