Od zawsze słowa majster, service, wywołują u mnie dreszcze. Bo taki fachman, wie tego czego nie wiem ja i jeszcze bierze za to kasę, najczęściej niemałą. Dlatego pierwej zawsze starałem radzić sobie sam. Było nie było prace ręczne w szkole przecie miałem. Na ten przykład – trzydzieści parę lat temu samodzielnie wyregulowałem pracę zaworów (to takie dynksy w silniku) w swoim fiacie 126p (pieszczotliwie wtenczas maluchem zwanym). Niestety, bestia po tym zabiegu ruszyć nie chciała. Wezwany na pomoc fachowiec autko i owszem uruchomił, ale skasował jak za zboże i dobrą radę na odchodne mnie dał - żebym tego idioty, co mnie regulacje odskutecznił, więcej do auta nie dopuszczał.
Ale mnie kusiło i reperowałem dalej. I tak, skasowałem odkurzacz, urwałem kilka śrub, unieruchomiłem automatyczną pralkę (na zawsze), nie licząc niezliczonej ilości bezpieczników wysadzanych w trakcie tych reperacji. Mój szacun do fachowców wzrósł, wszak kasę własną w końcu liczyć umiem. Funkcję domowego reperownika ograniczyłem do pucowania, glancowania i to na wysoki błysk. Długo żem sądził, że to zajęcie bezpieczne... Na ten przykład jakiś czas temu ekran laptopa czyściłem. No tyle, że nagle coś chrupnęło i na ekranie cudnej urody tęcza się pojawiła, skutecznie zasłaniając tekst, któren pracowicie dwoma palcami wystukiwałem cały wieczór. Fachowiec zalecił wymianę ekranu i podał cenę. Ciepnęło mnie na kolana, bo kasy to ja nie miałem, niestety zresztom. Uratował mnie Jasiu syn mego szwagra Mietka. Przytaszczył monitor i klawiaturę, których w użyciu od dawna już nie miał i połączył to przemyślnymi i różnistymi kabelkami z mym laptopem w jedno działające ustrojstwo. Dziękowałem mu bardzo, a gdy mnie skasować nie chciał, to jeszcze bardziej. Że jest geniuszem go zapewniłem i łobiecałem z pucowaniem nie przesadzać. Ale gdy na klawiaturze kurz ujrzałem to mnie znowu podkusiło.
Chwyciłem pędzel o włosiu miękkim, klawisze pucuje... i tekst fiknął koziołka. Pełne zaskoczenie...obraz do góry nogami. Ja spokojnie za telefon i do Jasia... Ale Jasiu niestety wyjechał! No to ja za pędzel i po klawiszach wte i wewte i na odwyrtkę. Bowiem wiarę, żem miał, że szkodę tak uczynioną odczynię. Nie pomogło! Co robić? Dźwignąłem monitor i postawiłem do góry nogami. Pomogło! Ergo, że się tak wyrażę, niezły ze mnie fachman.
No tyle, że kto mnie nie odwiedził i to zobaczył, to rżał niczym koń do owsa. Tym razem uratował mnie i przed kompletną kompromitacją uchronił syn siostry mej ślubnej – młodzian o imieniu Mateusz. Przyszedł, nie chciał kawy, herbaty ani kasiorki. Wdusił dwa klawisze z lewej strony, puknął dwa razy w klawisz z prawej strony i... obraz fiknął kozła, i mogłem obrócić monitor. Geniusz... jęknąłem i spuszczając oczy, do kolejnej sromoty technicznej się mu przyznałem.
Bo chciałem coś na drukarce wydrukować, papier źle włożyłem , no i pociągnęło, zazgrzytało i stanęło. Papier wyciągnąłem, trochę jednak zostało no i cholerstwo nie działa. Mateusz spojrzał, włączył, wyłączył, ze zrozumieniem mnie wysłuchał, (zdemolowany ekran laptopa też obejrzał) i powiedział: Niech pan więcej nie naprawia...boś pan DEWASTATOR. I szykuj pan kasę, bo drukarkę trzeba dać do serwisu. Widząc me załamanie, dodał że spoko, że rozpyta koleżków, a któryś na pewno potrafi, więc podeśle. No i czekam. Komputer to jednak nie karmik dla ptaszków, któren umiem zrobić. Ech miało się w końcu z prac ręcznych piątkę.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze