Na naszym deptaku występują regularnie. Spotkać ich też można przy kasach w naszych marketach. Zdarza się, że pukają do naszych drzwi. Są wszędzie i to bez względu na porę roku. Swe obowiązki wypełniają z pełnym zaangażowaniem, poświęceniem i z dużą znajomością psychologii.
Opanowali wszystkie ciągi poziome, czyli piesze i ta grupa występuje w klasie standard. Bo jest jeszcze taka, którą zaliczyć trzeba do klasy lux, a nawet de lux. Ale oni nie zniżają się do poziomu chodnika, bo oni ogłaszają się w prasie, a i w telewizorni też są obecni. A działają absolutnie i całkowicie legalnie i są w posiadaniu wszelakich zezwoleń, zaświadczeń, identyfikatorów dyndających na smyczach, a wszystko to jest opatrzone stosownymi pieczęciami i podpisami.
To dzięki nim możemy poczuć się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. A co ważne, nie wymagają od nas żadnego specjalnego ani zaangażowania, ani wysiłku. Ot, wystarczy co byśmy jakikolwiek grosz wrzucili do puszki (opieczętowanej) albo zasilili wskazane przez nich konto. A oni całą resztę biorą na siebie. Bo oni wiedzą, komu pomoc jest najbardziej potrzebna. A my, po rozstaniu się z osobistym pieniądzem, dzięki nim mamy świadomość, że serca mamy wielkie i dobre. Tak jak król Maciuś I, nad którego niedolą w dzieciństwie niejedną łzę uroniłem, bo serce Maciuś miał wielkie, ale z rozumkiem było niestety gorzej. Ale kto z nas nie kochał Maciusia, to i nie dziwota, że na fundację Maciuś (legalną i w wydaniu lux) ludzie dobrego serca grosza nie szczędzili. Bo już tak mamy, że potrzebujących wspieramy, co chwalebnym uczynkiem jest. No tyle, że ten nowy Maciuś to serce miał w zaniku, a szarych komórek w nadmiarze i wykiwał tych, co serca mieli duże i datków na dożywianie dzieci nie szczędzili. No i bądź tu mądry i wiersze pisz – jak mawiał poeta, bo komu dać, żeby datek trafił pod właściwy adres, a nie do cwaniaków, co na dodatek dobre imię Maciusia sponiewierali.
A może rację ma mieszkaniec naszego miasta, pan Lechosław, który nagabywany w sprawie datku przez osobnika z puszką i identyfikatorem stanął, złożył ręce w modlitewnym geście i półgłosem powiedział – „nie jestem godzien”. Coś w tym musiało być, bo nagabujący odskoczył od niego jak oparzony.
A może rację ma Franek, co zawsze wesprze niewielkim datkiem spragnionych osobników z czerwonym nosem, bo wie jak to jest jak człowieka suszy, bo i jego zanim nie przestał chlać, też suszyło i to nie raz.
A może racja jest po stronie Andrzeja z Bydgoszczy, do którego drzwi zastukano. Otwiera, a tam wolontariusze z miasta Warszawy - on i ona młodzi oboje. Identyfikatory im dyndają, w ręku zezwolenie z pieczątką okrągłą dzierżą i propozycję nie do odrzucenia składają. Za jedyne trzydzieści złotych miesięcznie może stać się opiekunem rysia, co drapieżnikiem w Puszczy Kampinowskiej jest, a on jako dobrodziej certyfikat stosowny dostanie. Andrzej serce ma wielkie, zwierzaki lubi i o swego kundla dba, a że rozum ma też, to dobrodziejem rysia nie został. Bo jak przystało na emerytowanego nauczyciela matmy, liczyć szybko umie, no i policzył. No i mu wyszło na to, że jeśli ci pełni poświęcenia młodzi ludzie ustrzelą (a jest to wysoce prawdopodobne) kilka tysięcy ludzi, to ten ryś zamieszka z bliższymi i dalszymi krewniakami w wilii z szoferem i ogrodnikiem. No i w sposób niewyszukany i mało parlamentarny odesłał Andrzej młodych ludzi do Puszczy Kampinowskiej – z pozdrowieniami dla rysia i inszej dzikiej zwierzyny.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze