Reklama

Jerzy Gasiul: Ojczyzna z blizną

28/02/2013 14:42

Z doświadczenia wiem, że najlepiej pisać o tym, czego już nawet najstarsi nie pamiętają. Wtedy z pewnością są większe szanse na to, że nie zostanę obsobaczony, choć i z tym też różnie bywa. W tym numerze, jak co roku o tej porze, zamieszczamy dość obszerny materiał poświęcony zdobyciu Szczecinka przez Armię Czerwoną, a także o pierwszych dniach po przejściu frontu. Ograniczamy się do fragmentów relacji trzech nieżyjących już osób - świadków tamtych wydarzeń: dowódcy dywizji, polskiego robotnika zesłanego na przymusowe roboty oraz księdza. Wprawdzie po raz pierwszy ich wspomnienia zamieściliśmy ładnych kilkanaście lat temu, ale od tego czasu nie pojawiły się nowe i do tej pory nieznane dokumenty. Nie dotyczy to odkrytych przed rokiem, na stronach internetowych rosyjskiego archiwum, rewelacyjnych zdjęć z pierwszych godzin po zdobyciu miasta. Co ważne, wszystkie zdjęcia - dzięki uprzejmości ich odkrywcy - szczecinecczanina Marcina Możejko, natychmiast opublikowaliśmy.
Dawno, dawno temu, spisywaniem dziejów Szczecinka, no może dokładniej Neustettin`a, zajmowali się nauczyciele historii. Piszę niemiecką nazwę mojego miasta, ponieważ ten zwyczaj, a kto wie może nawet powinność, był kultywowany tylko do 1945 roku. Jeszcze na krótko odrodził się w postaci powojennych pamiętników ks. Anatola Sałagi i nauczycielki historii, zarazem siostry niepokalanki z tutejszego zakonu, Marii Krysty. Na to, że najnowsze dzieje gdzieś się nam zawieruszyły, najlepszym dowodem jest wydany przed dwoma laty drugi tom „Dziejów Szczecinka” poświęcony czasom powojennym. Bardzo znamienne jest i to, że historia miasta zupełnie niespodziewanie urywa się na latach 1939-1945. Po prostu nie ma. Dziura. Nic. No gdybyż się stało to przykładowo w okresie przypadającym na wojnę czterdziestoletnią, a choćby i nawet moskiewską kampanię napoleońską, podczas której Szczecinek 2 lutego 1807 roku zdobywali Polacy - można byłoby nawet zrozumieć. Było to bardzo dawno, a współczesnym wystarczą na okrasę co najwyżej bajki i legendy.
Po próżnicy obiecywałem sobie, że się nareszcie dowiem od autorów - historyków ex cathedra, czyli autorytatywnie, jak to było w tym pamiętnym lutym, a także kilka lat przedtem i potem. A tu nic. Kicha. Zatem w dalszym ciągu prowadzone będą publiczne dywagacje czy Neustettin padł 27 czy 28 lutego. Na pewno 27. Wprawdzie meldunek wysłano na godzinę przed północą, ale zgodnie z czasem moskiewskim na Kremlu - było już po północy. To i tak dobrze, że u nich nie obowiązywał już kalendarz juliański (przez krótki czas był także tzw. kalendarz sowiecki, zarzucony w 1940 r.), wtedy „oswobadzaliby” nie w lutym, a w marcu. I mielibyśmy jeszcze bardziej nieaktualną niż dzisiaj nazwę ulicy 28 Lutego.
Przy słowie „oswobodzenie” napisałem cudzysłów, bo oprócz kilkunastu niewolników z Polski oraz innych narodowości nikt nikogo to nie oswobadzał. Przykładowo, robotnicy ukraińscy i rosyjscy - a tacy też tu byli, pojechali prosto na niedźwiedzie. Pierwsi Polacy przyjechali tutaj dopiero po kilku dniach. W tym czasie już wszystko zostało „oswobodzone”, czasem wręcz w aptekarski sposób, bo oprócz murów nic nie zostawało. Najlepsze domy, budynki użyteczności publicznej jako trofiejne jeszcze przez bardzo długi czas należały do zdobywców. Przykładowo szpital - tak, ten przy ul. Kościuszki 38 - wtedy jeszcze całkiem nowy, udostępniono polskim mieszkańcom dopiero cztery lata po wojnie. Polacy w pierwszych dniach mieli tyle do powiedzenia, co karp na wigilijnym stole.
Oprócz polskich robotników przymusowych, z których większość natychmiast opuściła miasto przenosząc się w rodzinne strony, zanim jeszcze zaczęli napływając osadnicy z centralnej Polski najpierw pojawili się... szabrownicy. Wiem, sprawa wstydliwa, ale i o tym panowie i panie od historii też należy pisać. W dalszej kolejności napływali ci, których wypędzono z rodzinnych domów, z terenów zaanektowanych przez późniejszych „wyzwolicieli” już we wrześniu 1939 roku. Dla niepoznaki nazwano ich „repatriantami”. Nazwa sugeruje, że przebywali bardzo długo na obczyźnie. Nic bardziej kłamliwego nie można było wymyślić. Do dzisiaj, jak za panią matką, wielu powtarza te wymyślone przez komunistów dyrdymały. A owszem, mieli do wyboru. Mogli zostać i stać się poddanymi „ojczyzny proletariatu”, albo jechać na zachód w nieznane.
Dzisiaj, dla zdecydowanej większości, ta ziemia stała się ich ojczyzną. I aby nie doświadczać tego, co przeszli nasi dziadowie i rodzice, niechaj już tak zostanie na wieki.
                                                                                                                                      Jerzy Gasiul

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Temat Szczecinecki Temat.net




Reklama