Po czym poznać tutejszego? Bo nigdy nie powie, że idzie na targ tylko na rynek. Zgodnie z miejscową tradycją „święto dyszla” (nazwa stąd, ponieważ kiedyś handlowano głównie z wozów konnych) zawsze odbywało się tak jak i dzisiaj tylko we wtorki i w piątki. Dlaczego akurat w te dni? Tego nie wie nikt. Najpewniej zwyczaj ten przyjechał wraz z mieszkańcami z odległych terenów Polski przedwojennej.
No i stało się. W ubiegły piątek targowisko przy Cieślaka opustoszało, jak nie przymierzając kino „Wolność” lub pływalnia podczas upałów. Za to okoliczny parking i dopiero co wybudowana uliczka, służąca jako dojazd do marketu, zaroiła się kupującymi i tymi, którzy ze swoich samochodów, stoisk, stołów, namiotów próbowali swój towar sprzedać. Tak duży tłok i ścisk trafia się tutaj tylko na Wszystkich Świętych, kiedy cała okolica zamienia się w jeden, wielki parking. W ten piątek było podobnie.
Targowisko zamknięto, bo lada dzień, a może i godzinę ruszyć ma jego przebudowa. Jest wykonawca, był przetarg, są pieniądze – znaczy z budżetu miasta i unijnego programu. Targowisko ma być jak nowe i bardziej okazałe niż do tej pory. Co tu dużo mówić, okazałe to ono było w momencie powstania, czyli coś ze czterdzieści lat temu. Potem jego okazałość stopniowo zanikała, aby na końcu stać się okazałą... ruiną. Jego jedynym atutem w ostatnim czasie stała się tylko bogata przeszłość. Okazało się, że przygotowany zastępczy placyk na okoliczność przebudowy, ze względu na jego miniaturowe wymiary, choć tymczasowe, niechybnie został wymyślony przez kogoś z dużym poczuciem humoru. Nie jest to zarzut. Przeciwnie, bo śmiejemy się za mało. Okazało się przy tym (słowo to robi w tym felietonie karierę), że nie ma żadnego sposobu, aby dotychczasową powierzchnię targowiska coś ok. 10 tys. mkw i wykorzystywaną praktycznie w całości, upchnąć na kilkuset metrach. Nawet fabryka produkująca puszki do sardynek byłaby bezradna. Toteż nic dziwnego, że w ciągu kilku godzin tymczasowym miejscem do handlowania stały się tutejsze parkingi, a nawet wewnętrzna droga dojazdowa. Lepiej nie myśleć, co się tu będzie działo, kiedy tuż obok rozpocznie się budowa fast foodu - przybytku serwującego wysokokaloryczne jadło.
Na czas przebudowy można targowisko przenieść na plac imprez przy ul. Kołobrzeskiej. Taką opinię usłyszałem od jednego z mieszkańców – jakby inaczej – osiedla Zachód. Po prawdzie może i było w tym nieco racji. I tu i tam dojechać można autobusem. A nawet jeśli ktoś zdecyduje się na swój pojazd, to już bez znaczenia czy pojedzie na wschód czy na Zachód. Jedynie pod górkę mieliby co najwyżej mieszkańcy centrum. Na Zachodzie teren ogrodzony, dojazd łatwy, a miejsca nieporównanie więcej.
Na razie przy wjeździe przy tymczasowym placu pojawiły się dawno niewidziane na ulicach „szczęki”. W latach 90. było ich prawdziwe zatrzęsienie. Potem w okresie bitwy o handel cywilizowany, szczęki, łóżka, stoliki z ulic wyeliminowano. Skoro już o czasach historycznych mowa, wypada wspomnieć, że lokalnym zwyczajem było handlowanie na rynku zamienionym już przed wojną na Markt Platz, a po wojnie na plac Wolności. To właśnie tam ongiś dwa razy w roku odbywały się kilkudniowe jarmarki. Ich specjalnością był handel rybami, butami, końmi i odzieżą. Ten ostatni dział przeżywa swój renesans nie na targowiskach, ile raczej w second handach zwanych po prostu i pospolicie szmateksami. Ryb też nikt nie kupuje, bo są za drogie. Zresztą po co je kupować, skoro taniej można zapłacić za kartę wędkarską i pohulać po okolicznych, ponoć bardzo zasobnych jeziorach. Zasobnych, bo inaczej nikt by tu nie organizował wędkarskich mistrzostw Polski. Wracając do jarmarków to ostatnie odbyły się kilkanaście lat temu, zwano je „Jesiennymi corsami”. Miejscem ich był deptak. Niestety, odeszły, zapomniano, szkoda.
Kilkanaście lat temu targowisko wydawało się już przeżytkiem. Kto by przypuszczał, że w dobie sieciowych marketów po świeże owoce, warzywa czy też inne specjalności miejscowych pól, lasów i ogrodów, najlepiej udać się na targowisko. Kto w angielskim, francuskim, portugalskim czy jakimś innym niemieckim markecie miał do czynienia z mutantami o smaku pcv, choć z wyglądu łudząco podobnymi do oryginału, ten takie miejsce doceni. Bo nasz najlepszy supermarket jest pod chmurką.
Jerzy Gasiul
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze