No i mamy klops... Tfu, znaczy się reformę śmieciową mamy. I przy okazji mamy też rękę w przysłowiowym nocniku – i to niestety zanurzoną aż po łokieć!
Teoretycznie idea była słuszna, bo z lasów miały nareszcie śmieci zniknąć, a segregacja odpadów miała korzystnie na naszą florę (a pewnie też i faunę) wpłynąć. No i co niektórzy mieszkańcy domów jednorodznnych nie musieliby do osiedlowych kontenerów pielgrzymek urządzać, żeby pod osłoną nocy swoje brudy innym pod nos podrzucać, co by kilka złoty w kieszeni zostało. Wszyscy przecież teraz mamy płacić tyle samo, to i wora po zmroku nie będzie się chciało tachać, a i przy okazji wyśpi się taki człowiek nareszcie.
I tak sobie myślę, że cel niby szczytny, tylko wykonanie... jak zawsze. A do tego jeszcze się okazało, że to nie o przyrodę, ale zwyczajnie o kasę w tym wszystkim chodzi... czyli też jak zawsze. Nic nie chcę mówić, ale ktoś nas wszystkich ładnie w konia zrobił. Bo jakby tak się zastanowić, to wcześniej mogłam sobie swoje śmieci segregować albo i nie, a i tak płaciłam o połowę mniej niż teraz, kiedy segregować muszę. A skoro kiedyś segregowałam i teraz segregować brudy będę, to nie bardzo wiem, jakim cudem zabranie moich śmieci nagle okazało się tak kosztownym przedsięwzięciem, wymagającym podwójnej dawki złotówek. No chyba, że teraz to panowie w jedwabnych, wysadzanych szlachetnymi kamieniami uniformach będą złoconą śmieciarką moje śmieci odbierać i wieźć je na wysypisko przez Kraków albo Łódź...
A jakby się tak jeszcze dłużej nad tym wszystkim zastanowić, to okazuje się, że oprócz pokaźniejszej kwoty na rachunku, to raczej nic się w tym temacie nie zmieni. Bo jak ktoś się w tych wszystkich kolorowych workach i kontenerach pogubi, to zamiast głowić się i kombinować, co i gdzie wyrzucić, i żeby w razie segregacyjnej wpadki sąsiad na nas nie „nakablował”, to już łatwiej wycieczkę sobie na łono natury zaplanować i pod jakimś świerkiem czy dębem kłopotliwe zawiniątko zostawić. Nie wspominając już o stertach gruzu, które dalej będą sobie wesoło rosły w podszczecineckich lasach, bo jak się okazuje, gruz to nie śmieć i nikt go od nas odbierać nie będzie. A przynajmniej nie za darmo, tylko za stosowną dodatkową opłatą.
No i przy okazji cała ta reforma nie dość, że ludziom nerwów napsuje, to jeszcze kawałek cennej przestrzeni życiowej im zabierze. Bo niestety już nie jeden, a cztery kubły wypadałoby w chałupie gdzieś ustawić, żeby nam ta cała segregacja sprawnie przebiegała. A najlepiej jeszcze dostawić sobie piąty na śmieci typu `nie wiem co z tym zrobić, więc może spalę w kominku albo podrzucę na osiedle obok`. Jeśli mamy duże mieszkanie, to nie będzie aż tak źle, ale obawiam się, że wśród lokatorów kawalerek każdy metr kwadratowy jest na wagę złota, a utrata choćby kawałka podłogi może niekorzystnie wpływać na samopoczucie i przy okazji mordercze instynkty w co niektórych wyzwalać.
A jakby tego było mało, to kto wie, czy teraz sąsiad, zamiast nam się kłaniać i na pogodę narzekać, będzie nam nasze wory czujnym okiem lustrował i sprawdzał, czy aby ze śmieciowym ignorantem nie ma do czynienia i nie będzie musiał przez niego za jakiś czas więcej za odpady płacić. Ale nie da się też ukryć, że taki czujny sąsiad będzie miał jednak spory problem z pilnowaniem, czy aby na pewno do odpowiedniego pojemnika nasze brudy trafiają, bo w niektórych miejscach odpowiednich pojemników... brakuje. I tu dopiero mamy okazję do popisania się sprytem, charyzmą i pomysłowością, aby sobie wykombinować, gdzie wyrzucić np. szkło, nie mając pojemnika na szkło.
I choć może granice absurdu jeszcze nie zostały przekroczone, to coś mi się wydaje, że na horyzoncie już budka celników majaczy.
Marzena Góra
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze