Słyszałeś, coś takiego – zagadnął mnie niedawno widać niezbyt muzycznie wyrobiony znajomek – Kazik Staszewski z „Kultu”, w kinie śpiewał Mickiewicza z II części Dziadów. I po chwili popisał się recytując z pamięci słynną mowę Guślarza do Dziewczyny – Na głowie ma kraśny wianek/w ręku zielony badylek...etc. Racja, co by nie mówić, ale jakoś raźniej mi się zrobiło na duszy i spojrzałem na niego z uznaniem. Chłop dobrze już po sześćdziesiątce, a szkolne lektury pamięta! Ale nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził tej wiedzy u źródła, czyli w łepetynie znajomego gimnazjalisty, który wszak powinien to – może i nieco skomplikowane jak na ów młodzieńczy wiek – misterium wędrujących duszyczek z przebojem charyzmatycznego wokalisty skojarzyć. I to jakiego! Jednego z najważniejszych polskich zespołów rockowych, łączącego punkową ekspresję z minimalizmem nowej fali, psychodelią i na dodatek miejskim folklorem. Sprawdziłem, ależ, znów na to wyszło, żem niepoprawny optymista, bo kto z tych młodych czyta dziś lektury? Ale na koncercie Kazika i „Kultu” był, a jakże!
Dobrze, że Wieszcza nam odbrązowili, to i może go te małolaty choć trochę polubią. I nie tylko oni, my wszyscy, tak jak polubiliśmy koncerty w naszym miejskim kinoteatrze. Pamiętają Państwo, jeszcze kilka lat temu nie odbył się – w dawnej „Przyjaźni” koncert naszej bluesowej legendy, Sławka Wierzcholskiego z „Nocnej zmiany bluesa”, a jakiś czas potem recital Edyty Geppert, piosenkarki, która poezję śpiewaną wyniosła na szczyty artystycznej maestrii, dla której teksty pisali i piszą sami najlepsi – Osiecka, Młynarski, Cygan, Ficowski. Dlaczego? Po prostu – i tu, i tu widownia się nie sprzedała. Coś takiego, dziś byłoby to nie do pomyślenia. Czyżbyśmy zatem sami sobie tę widownię odczarowali, może i tak. Bo gdyby Kazik Staszewski miał zaśpiewać wszystkim, którzy chcieli go w Szczecinku posłuchać, może i trzy, cztery razy tyle biletów trzeba by było sprzedać? No i dobrze, lubię Was za to, krajanie!
Ale co tam koncerty, ktoś kogo dobrze znam i kto dość regularnie te felietony czyta, a i naurągać mi potrafi jak nie po jego myśli napisane, powie na pewno – ot, komercja, znaczy, muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Niech mówi, wtedy jak zwykle będę przy swoim obstawał i znów go przekonam, choćby okresowymi koncertami rodzimych symfoników, co im też zawsze nadkomplety towarzyszą, choć wcale ona nie taka lekka, ta ich muzyka. A jak i to nie pomoże, to jeszcze nie będę się brał z nim za łby, jeno przypomnę muzealne wernisaże, gdzie też ścisk niczym w upalne weekendy na Mysiej Wyspie. Gdy już argumentów mu braknie i wnet koncept straci, to mu jeszcze dopowiem, że statystyki nieźle nas, mieszczuchów, lokują gdy chodzi o czytelnictwo, co zarówno znajome bibliotekarki jak i bukinistki bez trudu poświadczą.
Nazywam je tak po dziadku, którego jak przez mgłę pamiętam, który nauczył mnie pacierza, wierszyka Bełzy, z którym chodziłem nie do księgarni lecz właśnie do bukinistów i który dziennikarzy zawsze nazywał żurnalistami. Dziadek grał na wiolonczeli, ojca przysposobił do skrzypiec, pamiętam jak grali Bolero Ravela, cisza była wtedy w domu jak makiem zasiał. Wiem, bo i pamiętam, że mnie też zamierzali do tej rodzinnej kapeli dołączyć, ale się uparłem, że na tych piszczących skrzypcach grał nie będę, czego może i dziś żałuję. Co prawda wychowałem się na Beatlesach, Stonsach, Presleyu i w szczecińskich zespołach nieźle ponoć sobie na bębnach poczynałem, ale te skrzypce gdzieś mi w duszy pozostały. I są tam nadal, nawet więcej, bo co jakiś czas gdzieś się we mnie odzywają. Zwłaszcza, gdy mam okazję i przyjemność słuchać Malwiny Kotz, mojej byłej, ale niewątpliwie najzdolniejszej artystycznie Uczennicy, znanej już w kraju skrzypaczki, która śmiało zmierza w kierunku muzycznego Panteonu. Czasami przyjedzie do Szczecinka, jej recitale wypełniają po brzegi aulę szkoły muzycznej, gdzie uczyła się muzycznego abecadła. Duma mnie wtedy rozpiera i wracają wspomnienia, gdy wraz z młodszą siostrą Celiną ozdabiały muzycznie wszystkie nasze klasowe uroczystości. I jakby jeszcze tego było mało, moją asystentką przedmiotową była i „Adasiową” reporterką. Malwina koncertowała u nas niedawno i po raz kolejny zachwyciła publikę, która jej też nie zawiodła. Lubię Was za to, krajanie!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze