Reklama

Bogdan Urbanek: Jak Cię widzą...

04/04/2013 11:19

Co by nie mówić, wiosna zawsze optymistycznie ustawia nas do rzeczywistości, na ogół. Pamiętam, gdy w szkole ćwiczyłem z dzieciakami tzw. językowe wprawki, które polegały na wcześniejszym wyborze, a następnie uzasadnianiu czy też argumentowaniu swoich racji – niekiedy nawet i Wielkanoc przed Bożym Narodzeniem lokowali, bo wychodziło im z tego klasowego consensusu, że Pańskie Zmartwychwstanie bardziej jakby radosne, bo wiosenne właśnie, a jednak. Mam znajomka, który swoje roczne zobowiązania podejmuje nie wraz z Nowym Rokiem – jak niemal wszyscy, którzy to czynią – ale w dniu nadejścia kalendarzowej wiosny, ot co! Spotkałem go właśnie marcowym niby przedwiosennym przedpołudniem, podczas parkowej przechadzki (to moje tegoroczne zobowiązanie, jakby co) i przegadaliśmy dobrą godzinę – czy te ponad 40 melonów, które w 2012 roku jako krajanie wespół przepiliśmy dużo to czy mało? Przypomniał mi nawet, ale nie zgryźliwie, że wybiliśmy to w niedawnym lutowym numerze Tematu, i to nawet na czołówce. Na mnie, przyznaję, robi to wrażenie, ale on po swojemu dość szybko wyliczył, że to jedynie nieco ponad stówa miesięcznie, więc nie ma się czym chwalić. Może i tak, w marcu jak ma się w rodzinie Kazika, Edka, Zbyszka, Grześka, Krystynę czy Józka, a nie daj Boże wszystkich razem, to i kwartalny przydział w tydzień się przepuści, no więc właśnie. No ale żeby nie było, to w tej statystyce liczy się także dzieciarnia, nawet i niemowlaki, co mu też przypomniałem, bo zaraz zacząłem się upierać, że tak czy inaczej za dużo tych procentów przez gardło nam przechodzi. Wyszło więc na to, że jeden drugiego nie przekonał, to i zakończyliśmy tę nieco już jałową dysputę. Uparł się jednak na naszą gazetę, bo tym razem – jako zdecydowanie nadopiekuńczy dziadek – nawiązał do niedawnego bodajże mojego spacerkowego sygnału, że nauczyciele stawiają pały gdy uczniowi wypsnie się podczas lekcjiznaczy, coś tam do kolegi w ławce zagada, i to z jakiego bądź przedmiotu. Bo właśnie jego wnuk nie tak dawno dostał jedynkę, za to, że ze swoją roześmianą gębą pani nauczycielce akurat w niefrasobliwy czas utrafił, więc jakże to tak – i najwyraźniej oczekuje ów znajomek mojej reakcji, jako bądź co bądź belfra, a i wsparcia, zdecydowanego. I tu go rzeczywiście wsparłem, bo wiem, że tak bywa, co niewątpliwą hańbą jest dla nauczycielskiego stanu i nie ma o czym gadać. Fakt, na swoją wszak zgubę, bo wyraźnie się wtedy podkręcił, że niby ci belfrowie tylko kasę liczą za markowanie pracy, że w szkołach pracują jedynie na pół gwizdka, a potem do oporu tłuką korepetycje i takie tam różne. Jako, że dalsza w tym tonie rozmowa mogła przybrać nieco bardziej prowokacyjny obrót, wyczekawszy, aż popatrzył na mnie z ukosa, swoje mu dopowiedziałem. Że owszem bywa tak, ale przecie nie wszyscy jednacy, to, że inny nasz wspólny znajomy nie stówę, ale ze cztery co miesiąc przepija wcale nie znaczy, że nam też równać do niego, że nie każdego jednaką miarką... Może i tak – znajomek najwyraźniej upiera się przy swoim, nie dając za wygraną – ale jeden drugiemu i tak opinie wyrabia, znaczy jak cię widzą, tak cię oceniają. No i masz babo placek! 

Przystanęliśmy chwilę nad pokrytym ostatnim bodaj i cieniutkim lodem Trzesieckiem, akurat mając naprzeciw przyśnieżoną Mysią Wyspę. No i tu żeśmy sobie pofolgowali, nad wyraz zgodnie, wreszcie. Zaczął mi opowiadać jak go latem rodzina nawiedziła z Dolnego Śląska i jacy wszyscy tą naszą niby wyspą byli zauroczeni. Niby, bo przecie tak naprawdę to nie wyspa, ale że tradycja rzecz święta, to i tak pozostało. Wtedy i ja swoje dołożyłem, też mu o pewnym Dolnoślązaku, znajomym wydawcy opowiedziałem, który w interesach latem do mnie przyjechał i takoż naszą wyspą się zauroczył. I odnowionym bunkrem, i nowymi nadjeziornymi pomostami co ich jeszcze nie widział, i parkiem także coraz piękniejszym. Mój spacerowy kompan kiwał tylko głową, a gdyśmy się rozstawali tuż przy światłach, przed ogólniakiem, to na pożegnanie powiedział mi, że dawno już z taką atencją o naszym wspólnym mieście nie mówił, bo jakby na nowo je odkrył, jakby co innego dojrzał w tym, co na co dzień widzi. No tak, pomyślałem, bo jak cię widzą... To może i z tymi wstydliwymi melonami niezupełnie tak, jakeśmy sobie je przeliczali na statystycznego krajana? A może i z tymi złośliwymi belframi też lekka przesada? Ba, ale jak cię widzą...

Reklama

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Temat Szczecinecki Temat.net




Reklama