Reklama

Starostwo sprzedaje kawałek Kłomina. Kto kupi polską Prypeć?

Co zrobić z działką w miejscu, gdzie od 30 lat nikogo nie ma? Starostwo w Szczecinku ogłosiło kolejny przetarg na kolejne grunty w Kłominie – byłej radzieckiej bazie, która stała się polską Prypecią. Teraz na kupującego czeka półtora hektara z ruinami silosu, płytami betonowymi i bardzo trudnym dojazdem, ale za to z niepowtarzalnym urbexowym klimatem i kawałem historii.

Przenosimy się w czasie i sięgamy do naszego archiwum. W Kłominie byliśmy pięć lat temu. Krajobraz już się zmienił, po blokach pozostało wspomnienie i trochę gruzu.

Tekst również w wersji audio

Za ostrym zakrętem w Nadarzycach skręcamy w kierunku Sypniewa, gdzieś tutaj powinien być drogowskaz. Zachodniopomorskie skończyło się przy Zalewach Nadarzyckich, skończył się też porządny asfalt. To już Wielkopolska. Granicę akurat tutaj wyznaczają liczne dziury i nierówności.  Poniekąd słusznie. Po co komu dobra droga, która nie prowadzi nigdzie... Drogowskaz z nazwą miejscowości ustawiony został przy skrzyżowaniu z… śródleśną drogą. Tablica z napisem „droga udostępniona dla ruchu kołowego” upewnia, że jedziemy we właściwym kierunku.

Reklama

Niezliczone dziury, wyrwy, zalane wodą kratery już na samym początku skutecznie mogą zniechęcić do dalszej jazdy, jednak łaty w postaci fragmentów starej nawierzchni z drobnej kostki granitowej świadczą, że jesteśmy na właściwym szlaku. Jeszcze kilkaset metrów niepewności i zza drzew (jest wczesna wiosna) wyłaniają się zarysy bloków mieszkalnych. Gdyby nie majówka, w mieście nie byłoby kilku samochodów miłośników off roadu, ani przeprowadzanej właśnie militarnej gry terenowej. Cisza, kilka osób w swoich mieszkaniach i dużo, dużo lasu.

Reklama

Kto nie był w Czernobylu, ten właśnie w tym miejscu może poczuć atmosferę opuszczonego miasta. Tyle, że tutaj opuszczone bloki zostały już kilkanaście lat temu wypatroszone ze wszystkich instalacji, okien i drzwi a nawet ścian zewnętrznych. Mało tego, najwyraźniej komuś przydały się nawet płyty żelbetowe tworzące konstrukcję przyściennych logii. Wokół bloków porastają wysokie krzewy i drzewka. Idealne miejsce do prowadzenia gry wojennej i dla entuzjastów paintballa. Wygrodzone taśmą na potrzeby gry terenowej obszerne, dawne uliczne kwartały świadczą, że tak właśnie się dzieje.  

Reklama

Po niegdysiejszych budynkach koszarowych, garażach, warsztatach i magazynach co najwyżej zostały kupki zmielonego gruzu lub ślady ścian fundamentowych. Znikły również wyłożone granitową kostką uliczki i place. Dzisiaj, po dawnej bazie wojskowej pozostały dwa poniemieckie budynki koszarowe oraz zbudowany przez Rosjan w latach 70 blok typu „Leningrad” z wielkiej płyty. Takie same powstały też w Bornem Sulinowie, tyle że tam wszystkie zostały zaadaptowane do współczesnych wymogów. Wszystkie elementy do ich montażu sprowadzone były z Leningradu – stąd ich nazwa. 

Reklama

 Przyroda najwyraźniej upomina się o swoje i sukcesywnie pochłania dzieło ludzkich rąk. Niemiecki Westfalenhof  swoją powierzchnią zbliżony był do Bornego Sulinowa (Gross Born). Rosjanie nazywali go Гродoк – Gródek. Stacjonował tutaj 82 Gwardyjski Pułk Strzelców Zmotoryzowanych. Po ich wyjeździe (październik 1992 r.) Kłomino zostało przejęte przez polską administrację dopiero w 1993 r. Opuszczoną osadę, bo już nawet nie było to miasteczko, nazwano Kłomino. Chętnych na zamieszkanie w blokach stojących pośród lasów jakoś nie było. 

Reklama

 Tuż obok rozciąga się wielki cmentarz bezimiennych polskich, francuskich, angielskich i sowieckich jeńców wojennych. Ich obóz, Oflag II D Gross Born-Rederitz, znajdował się po zachodniej stronie wojskowej bazy. Składał się z obozu górnego, usytuowanego na Hundesberg (Psia Górka) obejmującego 18 ha i obozu dolnego ok. 26 ha. Obóz górny - to w większości baraki, jakie wzniesiono przed wojną dla robotników Arbeitsdienst i Deutsche Arbeits Front. Obóz dolny zbudowano już w czasie wojny. W tym czasie przebywało tam kilkadziesiąt tysięcy jeńców polskich, francuskich, angielskich i rosyjskich. W październiku 1944 do obozu trafili powstańcy warszawscy. Szacuje się, że w okresie wojny przez obóz Oflag II D Gross Born-Rederitz przewinęło się ok. 50 tys. jeńców, a na zawsze pozostało ok. 20 tys. żołnierzy i oficerów spoczywających w bezimiennych, masowych grobach.

Reklama

Terra incognita

Najstarsze ślady ludzkiej bytności na tej ziemi pochodzą jeszcze z epoki kamiennej (8000 – 4200 lat p.n.Ch. Nie ma też drugiego takiego miejsca na Pomorzu, o którym mniej wiadomo, niż właśnie o tym skrawku ziemi. Było to pogranicze pomiędzy Wielkopolską a Pomorzem. Odwieczna puszcza, wrzosowiska, bagna, liczne jeziora, rozlewiska i strumienie stanowiły naturalną granicę, rozciągającą się od Czaplinka po środkowy bieg rzeki Gwdy. Brak jakichkolwiek większych ludzkich osad w tej krainie jezior i pełnych komarów nieprzebytych bagien, utrudniał wytyczanie linii granicznej niemalże do XVI wieku. 

Najstarszy zapis dotyczący tej okolicy pochodzi z 1587 r. To właśnie wówczas grupa osadników z Westfalii i Dolnej Saksonii w środku odwiecznej puszczy założyła osadę Gross Born, co po polsku można tłumaczyć jako Zagubiony Zdrój, a może Źródła lub Studnia. W 1590 r. wieś liczyła 14 rolników (gospodarzy) posiadających po 2 włóki ziemi oraz 5 gospodarzy z jedną włóką. To właśnie od nazwy tej wsi wywodzi się nazwa poligonu. Wieś w linii prostej od późniejszego Wesfalenof oddalona jest zaledwie o ok. 6 km. 

Reklama

Najpierw zbudowano linię kolejową 

Zasadnicze zmiany tej krainy przyniósł dopiero XX wiek. To właśnie 1 października 1908 roku oddano do użytku jednotorową linię kolejową łączącą pobliskie Jastrowie z Czaplinkiem, która oprócz przewozów pasażerskich, służyła przede wszystkich do transportu płodów rolnych i drewna. W okresie międzywojennym kursowało pięć pociągów dziennie w obie strony. 

To właśnie wtedy, w bezpośrednim sąsiedztwie dzisiejszego Kłomina (Westfalenhof) powstały dwie stacyjki - Rederitz (Nadarzyce) i oddalona od niej o 7050 metrów Zippnow (Sypniewo). Najprawdopodobniej stacja Westfalenhof nigdy nie istniała - nie ma jej nawet na niemieckiej mapie sztabowej. Istniała jedynie rampa kolejowa, a dowodem na to jest archiwalne zdjęcie. Dodajmy, że pomiędzy stacją w Sypniewie, a drogą wjazdową do bazy przecinającą tor kolejowy było zaledwie 1770 metrów. Jeszcze do niedawna w tym miejscu znajdował się  wybudowany w latach trzydziestych pięciokondygnacyjny spichlerz. Tory zostały rozebrane przez czerwonoarmistów w ramach powszechnego rabunku zdobytych terenów w 1945 r.

Reklama

Budowa poligonu 

   Właśnie stąd miało ruszyć główne uderzenie na polski „korytarz”, oddzielający Prusy od reszty Rzeszy. Wprawdzie studium operacyjne wojny z Polską rozpoczęto w 1932 r. ale już cztery lata wcześniej przeprowadzono badania taktycznych właściwości terenu. Wiosną 1931 roku pojawiły się ekipy geodezyjne, których zadaniem było wytyczenie projektowanego pasa umocnień. 

W tym czasie powierzchnia poligonu - Truppenübungsplatz Hammerstein (poligon Czarne), wybudowanego jeszcze przed I wojną światową, okazała się już za mała. Zdecydowano na wydzielenie nowego, znacznie większego obszaru położonego niemal w bezpośrednim sąsiedztwie. Wybór padł na lesiste tereny z niewielkimi osadami, urozmaiconą rzeźbą i licznymi zbiornikami wodnymi, rozciągającymi się pomiędzy wsią Linde (Lipa) położoną po południowej stronie wielkiego jez. Pile, a osadą Westfalenhoff leżącą pomiędzy Nadarzycami i Sypniewem. W końcowym okresie swego istnienia był to największy w Rzeszy poligon Wehrmachtu obejmujący w sumie 215 km kwadratowych.

Reklama

1 lipca 1935 roku powołano komendanturę Borne, której zadaniem było przygotowanie placu budowy pod dwa kompleksy koszarowe - Linde i Westfalenhoff.  Wiosną 1936 roku rozpoczęła się akcja związana z wysiedlaniem mieszkańców. Każdy z nich otrzymał od państwa odpowiednią rekompensatę finansową. Zabudowę z reguły wyburzano. Nie zrobiono tego jedynie w przypadku wsi Gross Born. Pozostawiono tam m.in. dwa folwarki, a także kościół, który z czasem został przekształcony na kaplicę garnizonową. Kolejnym etapem budowy było pojawienie się licznych, drewnianych baraków robotniczych. W kompleksie barakowym Westfalenhoff zamieszkało ok. 3,5 tys. robotników Arbeitsdienst i Deutsche Arbeits Front. Pracami budowlanymi, a także projektowymi kierował płk Thofern, którego z czasem awansowano do stopnia generała porucznika. W początkowym okresie płk Thofern mieszkał w Szczecinku. 

9 i 20 sierpnia 1938 r. na oficjalne otwarcie Truppenubungsplatz połączone z wielkimi manewrami z użyciem oddziałów pancernych, przyjechał sam Hitler, którego powitanie odbyło się na dworcu kolejowym w Gross Born. Relacje z tej pierwszej wizyty zamieściły wszystkie główne gazety. Stosowny artykuł wydrukował także lokalny "Neustettiner Kreiszeitung". Po raz pierwszy w prasie pojawiła się nazwa Gross Born. Truppenubungsplatz stał się od tego czasu powszechnie znanym w Niemczech ośrodkiem szkoleniowym i jak to określono "ośrodkiem kształtowania żołnierskiego charakteru".  Razem z wodzem Gross Born wizytował również generaloberst Walther von Brauchitsch. W tym czasie był już naczelnym dowódcą wojsk lądowych. Po roku dowodził wojskami lądowymi w kampanii wrześniowej przeciwko Polsce. Jak wspomina świadek tamtych zdarzeń (wizyty), przez dwa dni żołnierzy "przepełniała radość", a ich wysoki poziom wyszkolenia świadczył, że "korpus ma wciąż ducha pomorskich grenadierów."

Reklama

  Kłomino w 1945 r. zostało zajęte przez Armię Czerwoną. W dotychczasowym obozie osadzono teraz jeńców niemieckich. Z czasem znaczna część poniemieckich budynków koszarowych została wyburzona. W ich miejscu powstał w latach 70 wspomniany blok typu „Leningrad” oraz trzy bloki budowane wg polskiego systemu WK70. W tym też czasie w mieście był sklep, szpital, a nawet kino. 

Miasto widmo

Przypuszcza się, że tuż przed opuszczeniem przez Rosjan Kłomina mogło przebywać tam ok. 5 tys. osób. Według stanu z 2012 r., mieszkało jedynie 12 osób. Na nic zdały się próby ożywienia opuszczonego miasteczka. Tuż po przejęciu przez polską administrację, z budżetu państwa sfinansowano budowę nowoczesnej kotłowni, oczyszczalnię ścieków i hydrofornię. Wbrew rozpowszechnianej opinii, jakoby robili to Rosjanie, to właśnie wtedy na masową skalę ogołacano budynki mieszkalne i koszarowe z trwałego wyposażenia - grzejników, wanien, kuchenek, rur a nawet kabli energetycznych. Potem przyszła kolej na rozkradanie kostki granitowej, którą wyłożone były tutejsze uliczki i place. W 2008 r. przystąpiono do wyburzania zabudowy. Dzisiaj zachowały się dwa budynki koszarowe i, oprócz jednego bloku zajmowanego przez leśników, kompletnie zrujnowane trzy bloki mieszkalne. 

Prezentowane przez nas zdjęcia pochodzą z okresu międzywojennego a także z 1999 r. oraz wiosny 2021 r.

W Kłominie byliśmy pięć lat temu. Krajobraz już się zmienił, po blokach pozostało wspomnienie i trochę gruzu.

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło: materiał oryginalny Tematu Szczecineckiego Aktualizacja: 05/02/2026 07:33
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama